Ja chodziłam do liceum społecznego i było bardzo dużo nauki i nie było wcale hi life. Miałam owszem zamożnych znajomych, ale to nie miało znaczenia bo byli zajebistymi ludźmi a nie głupimi bananowcami. Moja najlepsza przyjaciółka z liceum miała dom z basenem, a ja w soboty i niedzielę pracowałam w markecie spożywczym (zresztą u rodziców drugiej najlepszej kumpeli z liceum), żeby sobie zarobić na ciuchy, wakacje czy imprezy. Ale nie było między nami żadnej ściany, żadnego problemu. Nauczycieli mieliśmy zajebistych, zaangażowanych, zaprzyjaźnionych z nami. Lekcje polskiego pamiętam jako coś fenomenalnego, oglądaliśmy bardzo dużo filmów, wszystko było prowadzone w zupełnie odmienny sposób od nudnych znanych im do tamtej pory lekcji polskiego. mieliśmy dużu luzu w sensie samodzielności, mogliśmy robić notatki wg potrzeb, nikt nie sprawdzał zeszytów, tryb był trochę jak na studiach, ale to motywowało. Bo chciało się uczyć, zajęcia były ciekawe itd. Poza tym mega nacisk na języki - angielski 5 razy w tygodniu. W klasie było 14 osób. Jestem wdzięczna rodzicom za to, że tak to obmyślili i pokierowali choć wiem, że był to dla nich nie duży wydatek. Ale ja nie chodziłam nieszczęśliwa, że nie mam samochodu w 3 klasie liceum albo na osiemnastkę nie dostałam. Byliśmy jedną wielką paczką i chodzili tam wartościowi ludzie. Po tej szkole skończyłam państwowe studia i mam państwowy tytuł mgr, więc chyba tak źle nie było z tym poziomem. Zresztą pamiętam że wywalali co roku ludzi którzy po prostu nie zdali bo się nie uczyli. nie było z tym jakoś specjalnie inaczej niż w państwowej szkole.
Nie wiem jak jest teraz, bo minęło 15 lat, i dużo się pewnie zmieniło. Nie wiem do jakich szkół i przedszkoli pójdzie Stasiek. Nie zakładam teraz niczego. Z przedszkolem nie państwowym przemawia dla mnie "za" fakt że nie ma obligacji przyprowadzania dziecka do jakiejś konkretnej godziny, tylko tak jak pasuje rodzicowi i dziecku.