Wogóle miałam nigdzie o tym nie pisać bo nie chciałam rozdrapywać ran. Ale my w marcu 2014 na przełomie 8/9tc staciliśmy bliźnięta. Zarodki miały już serduszka. Nie była to ciąża planowana i byłam bardzo rozgoryczona, że nam się to przytrafiło na dodatek podwójnie. Nie potrafiłam się cieszyć, miałam pretensje .uj wie do kogo... A potem zaczełam plamić, krwawić. Poszłam na drugą wizytę i lekarz powiedział, że jeden z zarodków jest bardzo nisko umiejscowiony i kosmówka nie przyczepiła się zbyt dobrze. Stąd krwawienia. Miałam się oszczędzać, brać duphaston wraz z luteiną i miało być dobrze. Ale nie było. Tego samego dnia trafiłam z krwotokiem do szpitala, nie było śladu po wcześniejszej akcji serc i jeden zarodek był już w ujściu szyjki macicy. Drugi poroniłam dzięki tabletkom dopochwowym. Po tym wszystkim miałam wielkie wyrzuty sumienia. Musiałam brać leki na depresję. Uciekłam z rówieśniczego forum na którym sporo się udzielałam. Nie potrafię sobie wybaczyć tych wszystkich złych myśli ktore kłębiły mi się wtedy w głowie. Tego, że modliłam się by ta ciąża nie okazała się prawdą, że nie potrafiłam uszanować cudu jaki nas spotkał. Nienawidzę się za to i jest mi cholernie ciężko.
Decyzja o podjęciu starań troszkę mi pomogła, ale myślę, że zbyt szybko nie dostanę kolejnej szansy na bycie mamą. Zmarnowałam swoją okazję :-(
Wybaczcie, że wam tak smęcę, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Potrzebowałam o tym w końcu opowiedzieć. Dziękuję, że jesteście.