Chciałam tylko zameldować sie, że wróciłam do domu... Dostałam tabletki, które mam sobie aplikować i w czwartek do kontroli... Dostałam zwolnienie na 2 tygodnie,
Jak się okazuje te tabletki bardzo ciężko gdziekolwiek dostać, zjeździliśmy pół Krakowa, po czym okazało się, że na recepcje brakuje pieczątki i podpisu lekarza... musiałam wrócić się do szpitala i tam odczekać kolejne swoje... Myślałam, że się załamię: biednemu zawsze wiatr w oczy...
Strasznie się boje jak będą wyglądały kolejne dni... już sama fakt, że sama musze sobie "to" robić, jest dla mnie cholernie ciężkie...


to takie bestialskie...
Z drobnych stron jest to, że lekarz, który mnie dzisiaj przyjmował wzbudził moje zaufanie. Dużo mi wyjaśnił i cierpliwie odpowiadał na moje pytania. Zostawił mi swój telefon na wypadek, gdyby coś niepokojącego się działo.
Powiedział, że jeżeli wszystko się ładnie samo oczyści, to po pierwszej normalnej miesiączce moglibyśmy zacząć się starać na nowo... Ale to pewnie dopiero za jakieś 2 msc...
Myślałam nawet, żeby pózniej chodzić do niego na wizyty, ale nie mogę znaleźć o nim opinii na internecie
