Dziewuszki, dawno do Was nie zaglądałam, bo utknęłam w wątku "ciąża po poronieniu" a na więcej wątków mi czasu nie starczyło. Teraz pewnie nie nadrobię, co u której

Chciałam Wam życzyć wszystkiego naj z okazji dnia kobiet. I samych dobrych wieści.
Ja przechodziłam ostatnio "załamanie nerwowe". Okres się spóźnia dosyć solidnie już. Robiłam testy i nic nie wykazywały. Zaczęłam sobie podplamiać beztrosko na brązowo, myślałam, że zaraz okres przyjdzie. Ale nie. Jeden dzień plamienia, drugi, kolejny, a okres się nie rozkręca. No jak nic poplątałam się zupełnie hormonalnie, pewnie jajeczka nie było, bo przecież objawów jajeczka też nie miałam, śluzu brak, katastrofa. Wczoraj na odczepnego zrobiłam sobie test (38 dc). Cierpliwa nie jestem, więc wlepiam w niego oczy. Minuta minęła, negatyw. Dwie, negatyw. Już miałam machnąć ręką, bo przecież to było oczywiste. Ale, ale.. co to? Nagle namalowała się delikatna, druga kreseczka. No i panika, bo przecież plamię. Udało mi się dostać do lekarza, usg, ale nic nie wykazało. Nie widać pęcherzyka. Za to widać, że była owulacja. Jednak mnie jajo przechytrzyło

Lekarka posłała mnie na betę, może jutro będą wyniki. W międzyczasie nafaszerowałam się od dołu luteiną i czekam. Czyżby....?