To tak, 23 listopada 2014 dostałam ostatnią miesiączkę. Jakoś w połowie grudnia (nie wiem kiedy dokładnie bo to przyszło nagle) zaczęłam mieć przeczucie, że jestem w ciąży. To było bardzo dziwne bo serce kazało wierzyć a rozum mówił, że sobie wkręcam. Jakoś też w tym samym czasie pojawiły mi się rozstępy na piersiach, ja wtedy ważyłam zaledwie ponad 40 kg a piersi nie mam jakiś dużych. Później zaczęły mnie boleć, nabrzmiewać i być bardzo wrażliwe. Pod koniec grudnia już miałam cholerną zgagę dzień w dzień, mdłości nie miałam w ogóle za to latałam siusiu co parę minut. Mogłam też od tego czasu spać non stop. Miałam też wielki apetyt ale to też przecież mogły być objawy okresu, nie schizowałam się ale czułam, że jestem w ciąży, wiedziałam, że się udało. Na początku stycznia miałam dyskomfort podbrzusza jak na okres, ale to nie był objaw pozamacicznej raczej bo wiele kobiet ma takie bóle w ciąży na tym etapie. Pamiętam jak zaczęły boleć mnie zęby, no po prostu nie mogłam wytrzymać, nie wiem czy to ma coś wspólnego z ciąża ale bóle zębów to u mnie rzadkość więc teraz kojarzy mi się z ciąża. W drugiej połowie stycznia zaczęłam mieć delikatne plamienia, byłam już zarejestrowana do ginekologa jakoś na 20 czy coś takiego. Lekarz nic nie widział, mówił, że może mój organizm miał foszka i późno była owulacja więc może te plamienia to były implantacyjne, pokierował mnie na betę. Na becie wyszło 1038, radość nieziemska! Ze dwa dni później zaczęła pobolewać lewa strona podbrzusza, jednej nocy miałam taki okropny ból, że wszyscy chcieli w domu wzywać karetkę ale ja głupia się uparłam i nie chciałam, nałykałam się przeciwbólowych i poszłam spać. Przy współżyciu bolało mnie w środku coś, juz coś się zaczynało dziać. Później plamienia narastały z krwią i jak chodziłam to ból z lewej strony narastał, na początku lutego poszłam do ginekologa od razu ten mnie pokierował do szpitala. Tam badania USG, nie było nic widać, badania krwi i czekanie. Przy usg dopochwowym bardzo mnie bolało. Wieczorem w szpitalu ból narastał i narastał. W nocy zaczął mnie tak boleć brzuch jakbym miała zaparcia i wzdęcia jednocześnie, do tego przeszywający ból od tego brzucha do lewego barku, że aż mnie wyginało. (to objaw krwotoku wewnętrznego ale o tym nie wiedziałam). Zawołałam położoną ona stwierdziła, że da mi czopki glicerynowe a bark mnie boli od niewygodnego spania. Po czopkach nie było ulgi, przemęczona zasnęłam. Rano obudziłam się i na obchodzie powiedziałam wszystko lekarzowi, on kazał mi za chwilę przyjść na usg. Nie mogłam wstać z łóżka tak bolało o do tego robiło mi się słabo. Jakiejś pielęgniarce przelewałam się przez ręce ale jakoś sama doszłam do toalety. Poszliśmy na usg tam lekarz jak włożył to coś do badania to myślałam że umrę z bólu. Zobaczył, że jest jakaś krew, jakiś krwiak, może i krwotok wewnętrzny, zapytał mnie czy zgadzam się na operację, bez wahania się zgodziłam. Powiedział mi, że mam wiele szczęścia w nieszczęściu bo jeśli to krwotok wewnętrzny to jeszcze parę godzin i mogłabym pójść na tamten świat. Mieli mi na początku zrobić punkcję i wtedy jak coś operacje. No i tak po godzinie jakoś zawieźli mnie a stół. A raczej posadzili na samolocik, przypięli nogi na pasy, ręce też. Moje ostatnie słowa przed znieczuleniem to pytania czy się obudzę. Moja mama mówiła, że nie było za dobrze, dzwonili po dostawy krwi i po helikopter ... Po obudzeniu pamiętam tylko widok rudowłosej bardzo miłej położnej i mojej mamy. Coś majaczyłam. Więcej nie pamiętam prawie z tego dnia. To był najgorszy dzień w moim życiu...