WITAM.
Jestem tu dziś pierwszy raz i czytam wasze historie z mocno bijącym sercem.
W piątek 19 stycznia straciłam 12 tygodniową ciążę.
Tego dnia jechałam do szpitala na badania
Weszlam do szpitala, poczułam gorąco między nogami i zobaczyłam krew na posadzce. Zaczelam wołać "potrzebny mi lekarz!".
Przybiegła jakaś pielęgniarka z izby przyjęć i przez 15 min. szukala jakiegoś lekarza a ja siedziałam na krzesle podemną kaluża krwi, ludzie patrzą.
Zdawalam sobie sprawę,że to poronienie.
Zabrali mnie do zabiegowego i kiedy zdjęlam majtki wszystko ze mnie wylecialo....już wiedzialam że to koniec...lekarz tylko to potwierdził....
potem łyżeczkowanie i na drugi dzien do domu....
Podczas zabiegu wszystkiego byłam świadoma, bo nie moglam być poddana narkozie ponieważ wcześniej jadlam..to potęgowało mój ból psychiczny nie fizyczny, bo on dla mnie w tym momencie nic nie znaczył...
Ryczałam przez cały czas w szpitalu podczas badania, zabiegu i potem....
Mam wielkie wsparcie w moim Marku...to mi strasznie pomaga....ale wciąż liczymy dni kiedy znów będziemy mogli starać się o dziecko.
Najgorsze dla mnie jest to czekanie, bo najlepszym lekiem na to co sie stalo jest kolejna nadzieja.... że za 9 miesięcy
Trzymajcie się wszyscy tak jak ja się trzymam i miejcie nadzieje tak jak ja ja mam....