Witam już jako rozpakowana... Dziękujemy wszystkim za gratulacje! Jesteście kochane!!! No więc może krótko opiszę jak to wszystko u mnie było (oczywiście jak zdążę :-)). No więc Sylwestra spędziliśmy w domu, toast wznosiliśmy szampanem - Picolo hehehe... siedziałam sobie po północy i mnie jakoś wzięło na myślenie nad imieniem dla syneczka (gdyby miał sie urodzić chłopczyk). No więc zaczęliśmy nad tym myśleć, pomyślałam że w kalendarzu znajdziemy więcej propozycji i coś wybierzemy. Wstałam z krzesła (godz.00:40)i nagle poczułam się jakbym się posikała (było tego bardzo mało, więc nie pomyślałam że mogą to być wody płodowe). Powiedziałam mężowi, że chyba popuściłam, że nie wiem czemu, bo nie miałam tego problemu. Poszłam się przebrać i po kalendarz, zanim jednak wróciłam znowu miałam "mokro". Powiedziałam o tym mężowi. Postanowiliśmy pojechać do szpitala i zobaczyć czy wszystko ok. W szpitalu mnie zbadali, okazało się że to wody płodowe i że mam rozwarcie na 3 palce. Musiałam więc już zostać w szpitalu. Mój mąż oczywiście też został. podłączyli mnie do KTG, miałam skurcze tylko na 40. Praktycznie mnie nie bolały. Położna zrobiła mi lewatywe (ehhh....), no i jakiś czas spędziłam w kibelku. Skurcze przestały być regularne - miałam można powiedzieć że bardzo bolesne, ale czasem co 5 minut a czasem co 20 - 30 minut. Tak więc nic konkretnego. Rozwarcie na 4 palce, a było już około 5:00. Wszystko zaczęło postępować około 6:00, leżałam na łóżku porodowym, obok mnie był mój mąż, kiedy nagle poczułam jakby mi coś pękło w środku (jakby kość mi przeskoczyła - nie wiem dokładnie jak to opisać) i poczułam tak ogromny ból, że zaczęłam płakać. Bolało jak cholera (sorki za wyrażenie) a ja nie wiedziałam dlaczego, zaczęłam wręcz krzyczeć mężowi żeby poszedł po położną, której akurat nie było przy mnie. Już chciał iść, kiedy położna się zjawiła, powiedziała że się chyba zaczyna coś rozkręcać. Zbadała mnie - nadal miałam na 4 palce rozwarcie. Podłączyła mnie do KTG, miałam skurcze, regularne co 3 minuty, pokazywało że 30 a mnie bolało tak że nie umiałam leżeć. Położnej znowu nie było i myślałam już o tym żeby sama się odłączyć od KTG. Do tego czułam że muszę do toalety i to szybko.... Przyszła położna (już nowa zmiana - okazało się że to "sąsiadka" z klatki obok. Bardzo się ucieszyłam widząc ją. Odłączyła mnie od KTG, powiedziałam jej że muszę do toalety, postanowiła mnie jeszcze zbadać - rozwarcie na 5 palców. Dostałam jakiś zastrzyk i poszłam do toalety i jak wyszłam wziął mnie kolejny skurcz. Widząc jak go przechodzę, położna spytała czy mam parcie. Powiedziałam że tak, położyłam się na łóżku, znowu położna mnie zbadał i teraz miałam już pełne rozwarcie. Przy dwóch najbliższych skurczach kucałam przy łóżku porodowym, przy następnym byłam już na łóżku i się zaczęło na maxa. Po kolejnych trzech partych skurczach - o godzinie 7:35 nasza maleńka córeczka była już na świecie. Jej waga to: 3350g i mierzyła 55 cm. Daliśmy jej na imię Nicola. Mój mąż przeciął pępowinę. Mnie założyli dwie szwy, bo mnie troszeczkę porozrywało. Ogólnie nie mogę narzekać na poród. Było ok. Teraz czuję się już dobrze chociaż trochę boli mnie krocze no i piersi. Moja córeczka jest baaardzo grzeczna, śpi, ciągnie cycusia a jeśli nie śpi to wpatruje się we mnie lub mojego męża. Tak więc jest bardzo spokojna. W szpitalu byliśmy tak długo bo mała miała żółtaczkę i jak to się śmiałyśmy w szpitalu na sali, była na Ibizie się opalać hehe...
Przepraszam że sie tak rozpisałam, teraz uciekam z kompa, jutro poczytam co napisałyście.
Bella - GRATULACJE DLA CIEBIE!!!
pozdrawiam wszystkie :-):-):-)