Rodziłam na Inflanckiej w kwietniu. Porody z uwagi na remont, odbywały wyłącznie w salach na bloku A czyli tych jednoosobowych. Bez dodatkowych kosztów. Miałam pokój z prysznicem, piłką, kosmicznym przyrządem i wygodnym fotelem dla osoby towarzyszącej. Położna (typ oschły ale kompetentny) zaglądała co jakiś czas, sprawdzając rozwarcie i podpinając ktg. Nie przeszkadzało mi to. Tylko badanie było bardzo bolesne. W sumie nie wiem czy to ja tak reagowałam, czy faktycznie położna robila to mało delikatnie. Ostatnia faza w pokoju lekarzy - mąż mógł być położna sama zapytała czy chcę aby ze mną tam przeszedł. Nie miałam nacinanego krocza. Po porodzie leżałam nadal (kilka godzin) w pokoju na dole; mogłam spokojnie się wykąpać. W sumie, po podłączeniu kroplówki, zostawiono naszą trójkę w spokoju i mogliśmy cieszyliśmy się maleństwem. Połozna przyszła tylko zobaczyć jak przystawiam małą. Coś tam skorygowała, aby dziecko głębiej zassało cyca. Przynieśli mi też śniadanie.
Generalnie - porodówka bardzo OK.
Gorzej z opieką po porodzie po przeniesieniu na 1 piętro. Niestety. Dyżurna połozna laktacyjna nie pomogła mi ani razu przystawiać dziecka - a jak zobaczyła pogryzione brodawki dala mi na nie maść do smarowania. Pediatra nie cacka się i od razu większość mam na mojej sali dokarmiała butelką. Mleko sztuczne dają dziwnie: nie ma jednego wybranego tylko jakie się akurat trafi. Ze szpitala ordynator "wywalił" mnie na początku drugiej doby. Mamy, które wyszły przed 3 dobą życia dziecka musiały potem stawić się w szpitalu na obowiązkowe w Polsce badanie (z nóżki dziecka pobiera się krew w kierunku chorób genetycznych). Takich mam jak ja było w poczekalni kilka. Przykre a,le najmilej z pobytu na 1-szym piętrze wspominam wyłącznie łóżko na pilota.