Wiola zobaczyłam Cię na wątku porodówek w Sz-nie (sama rodziłam w czerwcu 2012 na Pomorzanach) i przeczytałam historię Wojtusia. Nie udało mi się powstrzymać łez :-(
Ja spędziłam w szpitalu 9 dni po porodzie, bo mały miał spadki cukru i cały czas był wyziębiony. Choć urodził się o czasie, to już od drugiej doby leżał na wcześniakach, bo był pod kroplówką i w cieplarce. Dla mnie to był straszny okres, bo leżałam na sali z dziewczynami, które miały dzieci przy sobie. A ja pomiędzy swoją salą i patologią noworodka. Bardzo to przeżywałam, choć przecież jego stan był stabilny. Nie działo się nic, co mogłoby zagrażać jego życiu. A ja chodziłam za położnymi, lekarzami i każdego dnia pytałam jak robot, "na jakim poziomie cukier jest dzisiaj, co może być przyczyną, czy już coś wiedzą, kiedy będzie następne badanie cukru". Umawiałam się z położnymi, że będą mi w nocy dawały strzałki na komórkę, kiedy mały się obudzi, żebym mogła go nakarmić piersią. I kiedy mały nie musiał już leżeć w cieplarce, ale nadal był pod kroplówką bardzo prosiłam, żeby mi go dali do mnie na salę. Zapewniłam, że poradzę sobie z kroplówką i tymi wszystkimi ważeniami itp. I wtedy jedna z pielęgniarek przyznała, że dla nich to nawet lepiej i że w ten sposób je odciążę. Dała mi do zrozumienia, że naprawdę mają co robić, bo są tam o wiele gorsze przypadki, niż dolegliwości mojego synka. Wtedy byłam lekko oburzona, ale teraz, kiedy przeczytałam Twoją historię, doskonale wiem co miała na myśli

.
Chyba teraz patrzyłabym na to wszystko zupełnie inaczej, mniej egoistycznie.
Kochana życzę Tobie i Twoim najbliższym dużo sił. I żeby czas szybko okazał się dla Was łaskawy.