Cześć, mamuśki
Tygrysku - dziękuję za troskę i pamięć, noc jakoś przetrwaliśmy bez większych problemów. Przed zaśnięciem Kuba tylko raz zwymiotował ale to pod wpływem takiego duszącego kaszlu. Całą noc przespał spokojnie i nawet się nie budził, ale może dlatego, że spał z nami, bo bałam się go zostawić samego w jego pokoju. Od ilości kupek ma już tak odparzoną pupę, że zwija się z bólu przy każdej kolejnej. Już nie wiem, czym mam mu to posmarować, żeby go nie bolało. A dzisiaj walnął naprawdę luźną kupę więc infekcji ciąg dalszy. Na dodatek rano mierzyłam mu temperaturę i ma stan podgorączkowy. Tymo miał w pupie 37,8 st. C, a więc też już coś jest na rzeczy. Gdyby się pojawiła biegunka, to walę na pogotowie, bo z takimi maluchami to nie ma żartów. Poza tym ślubny też ledwo żyje, łazi po chałupie jak zombie. A mnie łeb napiep... od rana.
Mój sposób na podawanie 2,5-letniemu buntownikowi leków? Te smaczne w stylu Nurofen, Drosetux, czy Ceruvit podaję mu miarką i raczej nie protestuje. Nawet ostatnio tabletki pokruszone można mu jakoś podać na łyżeczce. Pod warunkiem, że mam przygotowane coś do popicia. Niedobre w smaku leki też lecą na takiej zasadzie, że uprzedzam Kubę, że są okropne i że trzeba je szybciutko popić. Na Eurespal np. podziałało. No wczoraj miałam problem ze smectą, bo nasza lekarka kazała mu podać od razu półtora saszetki na łyżce razem ze startym jabłkiem. Ja mu to do buzi i patrzę, jak mu rośnie w gębie... Po chwili miałam wszystko na jego koszulce, na mojej koszulce, na podłodze... Eh, a wystarczyło mu to rozpuścić w wodzie i dać do wypicia

.
Hruda - kiedyś się troszkę interesowałam zielarstwem, u rodziców mam nawet taką super księgę o ziołolecznictwie (stara jak świat ale naprawdę ma skuteczne "przepisy" na różne choróbska). Niestety, kobylak jest kiepski w smaku, trudno go "wmusić" 2,5-latkowi. Co do waszej wizyty u nowego pediatry, to mam nadzieję, że okaże się godna zaufania. Grunt, żeby jej zalecenia przyniosły skutek.
W kwestii słoiczków, to rzeczywiście, zalecają wprowadzać początkowo w malutkich ilościach na raz a potem stopniowo zwiększać. Ale gdzieś na wątku "Gdy mleczko to już za mało..." pisałam, że chodzi o to, by na jeden posiłek podać np. łyżeczkę marchewki a następnie pozwolić dziecku dojeść mleczkiem. W kolejnych dniach stopniowo zwiększa się ilość słoiczka a zmniejsza ilość mleczka, aż maluch będzie jadł same owoce lub zupkę w ilości zapewniającej mu sytość.
Carioca - wiesz, podawanie dziecku piersi, kiedy w nim nie ma mleczka... To chyba nie o to w tym chodzi;-) Dla zdrowia Stacha i twojego popieram pomysł przejścia na mleko mydyfikowane.To już nie jest kryzys laktacji, który pokonasz poprzez cierpliwe przystawianie małego do piersi. Niestety, nie każdej mamie dane jest karmić dziecko przez dwa lata. I nie jesteś wyrodną matką, bo co ja bym musiała myśleć o sobie...:-) Więc uszy do góry, 4 miechy naturalnego karmienia to bardzo dużo i wiele zrobiłaś już dla swojego synka. Czy tego chcemy, czy nie, rezerwy przeciwciał w organizmach naszych dzieci już są na wyczerpaniu, a sama wiesz, że mimo karmienia piersią, Stachu nie uchronił się od choróbska.
Co do smoczków, to powinno się je wymieniać co 3 miesiące albo kiedy widoczne są uszkodzenia albo kiedy dziecko "wyrasta" z rozmiaru (tzn. za ciężko mu idzie ssanie, wkurza się i dłużej niż zwykle je). Butelki, to tak jak pisała Tygrysek, kiedy widać już rysy od środka, bo tam mnożą się bakterie i trudno je doczyścić.
Xeone - ale fajnie, że sobie zrobiłaś wczasy w jułesej

. Dla dziadków to na pewno frajda nie z tej ziemi. Mam nadzieję, że szkrabik szybko się przystosuje. A tak w ogóle to jesteś dzielna kobitka, bo ja na samą myśl o lataniu dostaję gęsiej skórki...
