Akurat np. dla mnie cięcie krocza to nie problem, bo przy bólu porodowym nie czuje się tego cięcia. Mojego męża przez cały porób wystraszyła tylko wielkość narzędzia do cięcia krocza. Oglądał wychodzącą główkę przy położnej (później mi tłumaczył jak robi się rozwarcie, hehe), ale pomyślał, że mnie boli chyba jak zobaczył to narzędzie. A to akurat nie bolało. Kwestia później tego gojenia się.
Ja tam akurat innego zdania jestem - cięcie przerażało mnie najbardziej, a nacinana niestety byłam; bardziej mnie bolało od całego porodu. I to gojenie właśnie

No ale po dwóch dniach już prawie nie pamiętałam ;-)
No a jeśli o poród chodzi, to ja może w całości... przekopiuję

jak kto ciekaw...
W sobotę miałam już serdecznie dość patrzenia na usyfione schody, które ktoś
obiecał wyszorować, więc zakasałam rękawy i wzięłam się do roboty...
Bynajmniej nie z myślą o jakimś wywoływaniu, bo byłam przekonana, że mam przed sobą jeszcze przynajmniej dwa tygodnie...
Po wyszorowaniu chodów i dwóch podłóg (na kolankach) miałam serdecznie dość - pozostałe podłogi przełożyłam sobei na poniedziałek
M mnie wkurzył i w złości pomyślałam, że mogłabym zacząć już rodzić - jemu na złość. Wiadomo: z życzeniami trzeba uważać, bo niektóre mogą się spełnić
Wieczorem coś tam delikatnie chlapnęło - nie byłam pewna: popuściłam czy wody
ale było tego tak niewiele, że zignorowałam temat. Choć przezornie sięgnęłam po podpaskę...
W nocy obudziłam się o 2:40 do WC i podczas podnoszenia się słoniątka coś poleciało - pierwsza myśl: wody (ale raczej za mało?) albo czop. Stwierdziłam to drugie.
Do 5:00 zanotowałam cztery słabiusieńkie skurcze, potem pospałam do 7:00 i znowu były pseudo skurcze - takie krótkie, nie bolące, tylko denerwujące. Odstępy różnie: dwa co 5 min, potem 5 co 20, 3 co 15 min, kolejny po 5, następny po 30min...
Spokojnie przygotowałam obiad, M wziął się za sprzątanie auta (zawsze robi z tego zabawę, ale tym razem przeszedł samego siebie - wyjął siedzenia, a nawet zapasówkę!); znajomi chcieli koniecznie wbić na grilla (choć M zaznaczał, że u nas niewykluczony poród, bo coś tam się dzieje). Planowałam jeszcze cyknąć fotki z brzuszkiem - takie typowo pamiątkowe...
O 13:00 zjedliśmy obiad (kluseczki ,sląskie z kotletem i warzywkami - mniam - niby myślałam o porodzie, ale byłam głodna, to co miałam robić!???), potem zagoniłam M do łazienki na obiecane zabiegi fryzjerskie... Jeszcze mnie dopadła grubsza sprawa na WC (a od 3 tyg. jechałam na czopkach, więc łatwo nie było), no i się zrobiło weselej...
Od 13:50 zaczęły się skurcze co 7-5 minut. Ale wciąż baaaaaaaardzo słabe (nawet przy @ bardziej bolało) i krótkie (
max po 30 - 40 sekund). Mówię do M: idź pod prysznic, robimy te foty i chyba jednak będziemy jechać do tego szpitala - najwyżej poleżę do jutra (ja nadal nie wierzyłam, że mogę JUŻ rodzić - myślałam, że to ściema jakichś przepowiadających). Na potwierdzenie tych słów o 14:17 złapał mnie pierwszy SKURCZ (który takowym mogłam nazwać - wciąż niezbyt bolesny, ale odczuwalny), ok.40 sekund. M zbladł trochę, ale poszedł spokojnie na fajkę, ja za nim. Siedzę sobie spokojnie na ławce, kiedy nagle czuję, że coś jest nie tak - pobiegłam do łazienki i się okazało, że wody...
Zanim zdążyłam się przebrać... M
się wykąpał
ubrał
spakował torby do auta
pozbierał inne moje graty
był gotów i mnie poganiał, a ja... spokojnie szukałam pokrowca na komórkę
Do miasta (ponad 30km) dojechaliśmy w 20 minut (złamał tyle przepisów, ile się dało zmieśćić w granicach rozsądku). Po tej 14:17 następny skurcz miałam po 20 minutach, potem po 5 i kolejne już co 3! Ale nadal całkiem znośne i krótkie; jeszcze mówię do M, że martwi mnie długość tych skurczów, bo niby mają być długości minuty...
Na IP bez większych kłopotów - czekałam tylko 2 skurcze
Papierkologia raz dwa, bo byłam wcześniej na pato. Zapytanie o plan porodu
Badanie i tu
7 cm rozwarcia! Że co!????? I że długo to na pewno nie potrwa...
Kolejne 3 skurcze zanim połozna dowiozła mnie windą na blok porodowy - ostatnią prostą pokonywałam już nie bez trudu, po drodze informowanie personelu, że pierwiastka 7/8cm (ładnie... to 7 czy już 8
)
Znowu pytanie o plan porodu, założenie wenflonu i podanie antybiotyku, ktg. Przyszła lekarka - pyta o ostatnie usg - dawno, mały duży i przewidywana waga urodzeniowa spora, chce brać na usg...
Pytają czy dojdę do gabinetu - chyba żartujecie?- na wózek? - na wózek między skurczami może się wdrapię...
Położna (ANIOŁ w ludzkim ciele) ukróciła zapędy lekarki - poczekaj, sprawdzę jak sytuacja (byłam tam od jakichś 10 minut) - nie ma szans: mamy 10 cm, głowka nisko, przyparta. Lekarka była blada - obawiała się, że maluszek będzie za duży.
Niedługo potem czułam już potrzebę parcia - położna przypomniała mi o możliwości zamiany pozycji (jakby czytała w moich myślach), a ja chciałam ją zmienić, ale nie chciało mi się ruszyć
. W końcu się zmobilizowałam i zamieniłam na klęczki, M masował mi plecy - było rewelacyjnie, niestety - tylko przez dwa skurcze
, bo w tej pozycji położna nie mogła złapać tętna malucha i musiałam wrócić do siadu...
Skurcze do wytrzymania - darłam się wprawdzie porządnie, ale to mi pomagało je znosić. Między skurczami gadaliśmy w najlepsze - tylko kompletnie już nie pamiętam o czym
O 16:30 pytałam o czas - jak długo rodzę - bo widziałam godzinę, ale nie byłam w stanie policzyć (no nie miałam innych zmartwień). Chciałam poprosić, by mi powiedzieli, że jeszcze jakieś dwa skurcze i będzie po wszystkim, ale odpuściłam sobie... Położna przypominała o oddechu, oddychała ze mną, M dodawał otuchy (chwała mu za to).
Zapytałam czy będą mnie ciąć - z uwagi na wielkość małego tak
A potem zebrałam się w sobie (miałam dość bólu i musiałam walczyć z odruchami przeciwdziałania mu) i pomyślałam sobie:
Weź się w garść i się przyłóż - im szybciej to zrobisz, tym szybciej będziesz miała to za sobą i będziesz juz tulić malucha...
Podziałało: dwa skurcze później, o 16:50 Rafał był juz z nami.
Potem szycie - uciekałam tyłkiem przed igła
a z lekarką gadałam o kotach?
Taaak - o kotach i ich sterylizacji
M stał z małym na rękach. Potem zostaliśmy sami, dopóki nie zrobiło mi się słabo - wtedy dostałam kroplówę, a Rafała zabrali na noworodkowy.
Potem było jeszcze trochę przebojów, ale to już inna historia... Juz i tak się roooooooooooooooozpisałam - wybaczcie.
Ogólnie poród oceniam jako łatwy, a lekarze zastrzegli, że przy drugim dziecku mamy natychmiast zbierać się do szpitala, chyba że chcemy odbierać poród w aucie. No i na oddziale wszyscy pytali czy to "ta" od szybkiego porodu