Pobudka o 5.30 - straszliwa kupa. MF moczy się w wannie, bo gdzieś ma jechać na 7, więc już wstał. Wywlekamy go z wanny, myjemy tyłek, przebieramy dziecko, idziemy dosypiać ( to znaczy ja i Maks).
Kolejna pobudka 7.30. Uuuuupsss. Nie mogę ruszyć głową, mam sztywną i obolałą szyję, kark, ramię i bark po prawej stronie. Słowem postrzał gigant. Super. MF już pojechał tam gdzie miał jechać, a w dodatku mama, która zazwyczaj u nas siedzi i pomaga przy Maksiu tez wczoraj gdzieś wybyła. Czyli jesteśmy z Maksem sami, a ja nie mogę się ruszać!!!! Trudno, decyduję, w takim razie zostajemy w łóżku, bo największe ryzyko to próbować w tym stanie podnosić młodego. Na czworakach dopełzam do komódki, wracam z całym majdanem do łóżka i jakoś udaje mi się Maksa przewinąć. I kiedy tak leży, w czystej, świeżo założonej pieluszce, rozlega się ten straszny odgłos produkcji gigantycznej kupy... W pieluszce bulgocze i bulgocze i wiem, że za chwilę nastąpi eksplozja i wyciek, ranyboskie tylko nie do łóżka... Nadludzkim wysiłkiem dźwigam Maksa i pędzę do łazienki, dostając po drodze zeza i wytrzeszczu z bólu. Jakoś udaje mi się opanować sytuację i umyć pupę i plecy i brzuch i obie stopy, które Maks zdążył władować w zawartość pieluchy. Wleczemy się z powrotem do łóżka i próbujemy ubrać. Na szczęście nadciągają posiłki w postaci MF. Tatuś ubiera młodego, pełen współczucia dla mojego stanu wysyła mnie do wanny, a sam wkłada dziecię do wózka i krążąc po podjeździe usiłuje przez telefon załatwić pewną służbową sprawę.
Sprawa nabiera nieprawdopodobnych odcieni... No bo tak. Pracujemy nad pewnym projektem dla pewnej instytucji. Dyrektor instytucji pragnie pozyskać dodatkowe środki na ów projekt czy też inne ale związane bezpośrednio. W tym celu usiłuje ściągnąć ludzi z ministerstwa tego i owego oraz różnych unijnych instytucji i koniecznie im pokazać jak przebiegają prace. Spotkanie ma być jutro. Od kilku dni wisimy na telefonach, lawinowo rośnie ilość strasznie ważnych osób które mają być obecne omawiane są tysiące kwestii organizacyjnych, począwszy od rzeczy integralnych dla projektu, a skończywszy na tym kiedy posłać panią Gienię, żeby posprzątała przed tym spędem. W sprawę jest też mocno włączona pani prezes firmy z którą współpracujemy.
I nagle wszystko leży i kwiczy, bo pan dyrektor instytucji kategorycznie żąda, żeby spotkanie odbyło się w lokalu firmy. Tłumaczymy, że tam nie ma możliwości wyeksponowania tego, co musimy pokazać, że specjalnie przygotowaliśmy pokaz gdzie indziej, gdzie wszystkie elementy i wszystkie ważne osoby się zmieszczą... NIE.
Czemu nie? Bo nie... Żadnych rzeczowych argumentów, tylko upór wręcz ośli. Więc mój biedny mąż od rana wisi na telefonie, usiłuje się dowiedzieć na czym stoimy.
Skoro już tak wisi i drobi z tym wózkiem po podjeździe, to może by tak poszedł do apteki i kupił mi jakąś maść na ten postrzał? A i owszem, poszedłby. No i poszedł. To ja chciałam sobie zrobić kawę, ale coś mnie tknęło, żeby psy policzyć. No i okazuje się, że jedna z naszych parówek znów uciekła!!! Cholera jedna, wykopuje się pod siatką i chodzi do śmietnika pod cmentarz. No to biorę telefon, żeby zadzwonić do męża, że wychodzę szukać psa. Komórka wyświetla komunikat " bateria rozładowana". Znajduję ładowarkę i podpięta do kabla dzwonię, a że kabel krótki a gniazdko nisko to muszę się schylać , więc wyję z bólu. Okazuje się, że mąż już wraca, więc pójdzie poszukać zakały. W bramie przejmuję od niego Maksa ( śpi, uff) i maść ( nie stosować przy karmieniu piersią, kufamać).
Za jakiś czas pojawia się MF z parówą i wiadomością, że dalej nic nie wiemy.
Dowiadujemy się jakiś czas później... Otóż dyrektor instytucji, autor całej zadymy, projektodawca spotkania - uwaga - nagle sobie przypomniał że on w poniedziałek jedzie za granicę i spakować się musi, więc jego nie będzie. Czyli nasyła na nas ten cały tabun ludzi , z którymi nie mamy o czym rozmawiać, bo to nie nasz tylko pana dyrektora biznes....
Słowem - jesteśmy na najlepszej drodze do ocipienia, a ledwie południe minęło...