W UK, Marzenko. Z tym straszeniem to ja sie smieje... Po prostu tu maja obowiazek poinformowac o wszelkich mozliwych komplikacjach jakie moga sie zdarzyc, wiec np. przy okazji podania tabletek prowokujacych poronienie (chodzilo o pozbycie sie resztek tkanek po poronieniu wlasciwym), musialam podpisac zgode na... usuniecie macicy. Bo moze dojsc do krwotoku i beda musieli wykonac czyszczenie w narkozie, a moze przy tym dojsc do uszkodzenia macicy i wtedy beda ja musieli "zacerowac z zewnatrz", albo moze dojsc do koniecznosci usuniecia calosci. Przeciez przy okazji ciazy zostalam poinformowana ze mozemy miec hipo- lub hipertrofie plodu, nadcisnienie, gestoze, anemie, cukrzyce, krwotok przy porodzie i pieron wie co tam jeszcze. Bo oni musza. A czy wyprawiaja? Wiesz... W PL latalabym do lekarza pewnie co miesiac lub nawet czesciej, tu na poczatku widywalam polozna mniej wiecej co 2 miechy, scany rutynowe 2, teraz polozna sie troche zagescila, ale nadal nie jest to dreczenie pacjentki za pomoca nadopiekunczosci. No, ja mam bonus w postaci wizyt u lekarza w szpitalu - do tej pory 2 wizyty i 1 dodatkowy scan, wiem ze na pewno bedzie jeszcze 1 scan i 1 wizyta, moze wiecej, ale tego jeszcze nie wiem. A anestezjolog? A to wcale nie jest glupie - biora pod uwage ze moga miec problem, wiec uzgadniaja z pacjentka opcje, informuja o mozliwosciach, zalatwiaja zawczasu papierkologie, a nie lataja jak poparzeni w trakcie akcji i kaza podpisywac cos, czego pacjentka nawet nie jest w stanie przeczytac. Jesli chodzi o przeplyw informacji lekarz-pacjent, to tu jest doskonaly, na kazde pytanie odpowiadaja. No, sa zdziwieni, kiedy chce sie wiedziec cos typowo "fachowego", ale moze nie przywykli.