No i mam... Mlodszy odnalazl w sobie pierwiastek meski - wisi na cycku non stop. Chyba go rozumiem - druga doba, cos by sie zjadlo, a stolowka jeszcze niebogata. W efekcie nie zdazylam dzis nawet zjesc bo akurat w cyckowaniu Rajmund mnie nie wyreczy. Tuz po poludniu poszlismy sobie na chwilke do Lidla - bliziutko, wiec na pierwszy spacer ok, a kawa nam sie skonczyla. Pogoda piekna - sloneczko, kilkanascie stopni ciepla, nie ma wiatru... Co do szoku Rajmunda, to zgadnijcie kto paraduje z wozkiem! Jutro jak pogoda pozwoli, idziemy sie lansowac na High Street.

Pierwsza noc ok - powisial kolo polnocy, potem 1:30, od 4:00 do 5:00 jeszcze, potem pospal do 7:30, pojadl i... poszedl spac do 11:00. Nadrabia teraz - wisi na cycku jak mala pirania.
Pisalam juz z domu - w szpitalu nie mialam lapka. Wypuscili nas cos kolo 13:00 wczoraj, a tylko dlatego tak dlugo nas trzymali, ze nie bylo na miejscu pediatry, ktory mial zbadac Karola.
Nie nacinali nic, nie bylo takiej potrzeby - Karol urodzil sie blyskawicznie. W sumie wiekszosc czasu to bylo czekanie na pelne rozwarcie, a kiedy juz pozwolili mi przec, maly poszedl na dwa skurcze - raz glowa, dwa reszta, wiec nie bylo potrzeby nacinania. Owszem, cos tam strzelilo sobie samo, polozna powiedziala ze tak na 1cm jest pekniecie i tego nawet nie beda szyc. Spytalam czy na pewno mam zostac ze szczerbata pipa, tylko sie rozesmiala. Sama nie wiem czy to ma sie samo zrosnac, czy bede miec "helene" w zabek, Rajmund potem stwiedzil ze najwyzej zostanie w kancik i jak zaden facet, on "swoja" po ciemku bedzie mogl poznac. Z takich mniej fajnych rzeczy, to uaktywnil sie moj "przyjaciel z d... strony" i dokucza. No, przez ciaze w miare byl grzeczny, ale porod zdaje sie przekroczyl granice jego cierpliwosci - musze isc d GP po jakies cos na niego bo nie jestem pewna czy bardziej mnie szczypie peknieta "helena" czy ow "przyjaciel". Poza tym czuje sie jakby mi tramwaj przez d... przejechal, ale korzyscia z szybkiego wypisu jest to, ze nie czuje sie jakbym 2 dni temu urodzila dziecko. Po prostu boli d..., bola krzyze, jestem slabsza, ale nie mam wrazenia "wygnicia" i to jest fajne. w piekarni babka ciezko zdziwiona ze ja na nogach i dopiero to mi uswiadomilo, ze normalnie to ja bym jeszcze w szpitalu byla, apo powrocie z niego pewnie jeszcze pare dni polegiwala w domu bo przeciez "dopiero co" urodzilam. Tu sie to jakos szybciej, ale i spokojniej odbywa, bez takiego wielkiego halo. Owszem, w szpitalu jest specjalna atmosfera - polozne cholernie mile, opieka bardzo dobra, wszyscy gratuluja, chwala dzieciatko, kazdy zamieni pare slow... Jest to wrazenie ze wydarzylo sie cos pieknego i donioslego, ale nikt nie traktuje "swiezej" matki jak kaleki - urodzila, jest ok, czuje sie dobrze (jesli nie to sie przygladaja co i jak, dopytuja), nie zglasza problemow, to moze isc do domu. Z tekstow poloznej: "Ktore to dziecko? 6? A, to w porzadku - mama ekspert i rodzimy. Powyzej 5 dziecka nie mamy tu litosci."
No i chcialam zmienic suwaczek i mi nie wyszlo... Poprzednim razem weszlo zdjecie, Karolka, a teraz ni hu hu... :-(