katherinne
Fanka BB :)
Dorotka87, test się raczej w tę stronę nie myli, więc delikatnie się możesz zacząć cieszyć. Tym razem musi być dobrze. Trzymamy kciuki. I gratulacje 
Enya81, poroniłam samoistnie, pojechałam do szpitala mając jeszcze dosyć silne skurcze, bo w sumie nie miałam pojęcia, co się w takiej sytuacji robi, czy nie za dużo krwi itp., w końcu człowiek nie wie, co jest normą, a co nie. W szpitalu zrobili USG i choć stwierdzili, że wiele już nie zostało a macica w zasadzie dalej się oczyszczała (to było okropne, że ktoś mnie ogląda a ze mnie dalej coś co i raz wylatuje), ale i tak wzięli mnie na łyżeczkowanie. A potem nikt nic nie mówił, że mam ze współżyciem czekać do okresu, więc równo dwa tygodnie później pozwoliłam sobie na zbliżenie. Człowiek potrzebuje bliskości. Fizycznie bliżej się już z mężem być nie da. Bałam się trochę, bo cały czas miałam jeszcze takie poczucie, że nie rozumiem mojego ciała, jest jakieś "nie-moje", że może coś mnie będzie boleć, sama nie wiem czego. Tym bardziej, że nie kochaliśmy się od początku ciąży, więc trochę mieliśmy przerwy. Ale było wszystko normalnie (no, prawie normalnie, bo normalnie byśmy się nie zabezpieczali...). I potem nastąpił jakiś przewrót w głowie, "odzyskałam" swoje ciało. Już nie wydaje mi się dziwne i nieswoje. Nawet nie zamierzam się teraz denerwować i zastanawiać, czy może coś się od tego stanie. Nie stanie się. Jakby było to rzeczywiście niebezpieczne, zakładam, że któryś z lekarzy by mi o tym powiedział, a nic nie wspominali. Być może mówią, żeby nie współżyć, żeby uniknąć ewentualnej ciąży od razu po łyżeczkowaniu
Myślę, że z tą jedną wielką raną to jest gruba przesada. Do zabiegu nie używa się ostrych narzędzi.
Enya81, poroniłam samoistnie, pojechałam do szpitala mając jeszcze dosyć silne skurcze, bo w sumie nie miałam pojęcia, co się w takiej sytuacji robi, czy nie za dużo krwi itp., w końcu człowiek nie wie, co jest normą, a co nie. W szpitalu zrobili USG i choć stwierdzili, że wiele już nie zostało a macica w zasadzie dalej się oczyszczała (to było okropne, że ktoś mnie ogląda a ze mnie dalej coś co i raz wylatuje), ale i tak wzięli mnie na łyżeczkowanie. A potem nikt nic nie mówił, że mam ze współżyciem czekać do okresu, więc równo dwa tygodnie później pozwoliłam sobie na zbliżenie. Człowiek potrzebuje bliskości. Fizycznie bliżej się już z mężem być nie da. Bałam się trochę, bo cały czas miałam jeszcze takie poczucie, że nie rozumiem mojego ciała, jest jakieś "nie-moje", że może coś mnie będzie boleć, sama nie wiem czego. Tym bardziej, że nie kochaliśmy się od początku ciąży, więc trochę mieliśmy przerwy. Ale było wszystko normalnie (no, prawie normalnie, bo normalnie byśmy się nie zabezpieczali...). I potem nastąpił jakiś przewrót w głowie, "odzyskałam" swoje ciało. Już nie wydaje mi się dziwne i nieswoje. Nawet nie zamierzam się teraz denerwować i zastanawiać, czy może coś się od tego stanie. Nie stanie się. Jakby było to rzeczywiście niebezpieczne, zakładam, że któryś z lekarzy by mi o tym powiedział, a nic nie wspominali. Być może mówią, żeby nie współżyć, żeby uniknąć ewentualnej ciąży od razu po łyżeczkowaniu
mi tez sie dluzy ale tak to juz jest jak sie czeka na swoje najkochansze marzenie...zycze wytrwalosci kochana 