Witam Was serdecznie. Właśnie zdecydowałam się na opowiedzenie Wam swojej historii.
W swoją pierwszą ciążę zaszłam pod koniec listopada. 2012 roku. To był szał, szczęście nie z tej ziemi. Podjęliśmy decyzję o dziecku w trakcie nocy poślubnej jednak upragnione dwie kreseczki ujrzeliśmy rok i siedem miesięcy potem. Myśleliśmy, że będziemy mieli dla bliskich najpiękniejszy prezent pod choinkę. Mąż podał mi dwa opłatki i zasugerował by się ze mną dwa razy podzielić…
Szalałam ze szczęścia, zwłaszcza że wszystko zdawało się być na właściwym miejscu. Właśnie wprowadziliśmy się do naszego domu na wsi, kończyliśmy remont. Ja studiuję a dzidzia miała urodzić się pod koniec sierpnia lub na początku wrzesnia. Uważam, że warto urodzić właśnie podczas studiów bo mimo iż faktycznie jest tu dużo obowiązków to nijak się to ma do pracy zawodowej. A tu tak idealnie się złożyło i nawet nie miałabym tyłów na studiach…
Spadłam na ziemię przy pierwszym usg. Jama macicy pusta, macica nie rozpulchniona, torbiel na jajniku. Podejrzenie: fałszywie pozytywny wynik testu ze względu na torbiel lub.. ciąża pozamaciczna. Dostałam skierowanie na betę. Pół drogi do domu przepłakałam, mąż kupił chyba z 5 kolejnych testów. Wszystkie wyszły pozytywne, Betę wykonałam następnego dnia. Wynik wyszedł troszkę ponad 1 tys jednostek. Zadzwoniła do ginekologa, których kazał mi przyjechać od razu bo „przy takiej becie powinno być już coś widać”.
I fatycznie pojawił się 0,3cm pęcherzyk zarodkowy. Oczywiście z niewidocznym zarodkiem. Dodam, że miesiączki miałam bardzo regularne, występowały występowały jak w zegarku 11 lub 12 dnia każdego miesiąca a według obliczeń byłam wtedy w 6 tygodniu ciąży ale stwierdzenie było inne: ciąża młodsza o dwa tygodnie. Trochę to było nie prawdopodobne dla mnie bo w takim razie test wyszedł by mi pozytywny zaraz po implantacji zarodka ale… nadzieja przyszłej matki to ślepy doradca.
Znów zaczęłam szaleć ze szczęścia, znów nie wyciągałam telefonu z dłoni chwaląc się absolutnie wszystkim kto tylko był na tyle nie rozważny by dopuścić mnie do głosu.
6 stycznia wstałam z łóżka tak samo szczęśliwa jak zawsze, z tym wspaniały ssaniem w żołądku (który utożsamiałam z głodem maleństwa). Każdego rana tak na prawdę miałam dwie potrzeby jedzenie i siusiu i zawsze jedzenie wygrywało z tą drugą potrzebą. Tego dnia zaniepokoiły mnie małe dwie brunatne plamki na wkładce higienicznej. Cóż wiedziałam, że takie rzeczy się zdarzają gdy macica się rozszerza a mimo to jakiś taki wewnętrzny lęk nie mijał. Zaczęło pobolewać mnie podbrzusze , zamiast plamek na wkładce zaczęła się robić duża plama. Spanikowała zadzwoniłam do lekarza. Zalecił wzięcie z pobliskiej apteki duphastonu (przy posłużeniu się jego nazwiskiem i obiecaniu recepty). Mąż pojechał ale nie zdążył mi przywieźć tabletek, dostałam krwotoku. Zabrało mnie pogotowie.
USG w szpitalu wykazało, że pęcherzyk jest w macicy ale ma… 0,37mm co by oznaczało, że przez prawie dwa tygodnie urósł nawet nie milimetr. A bardziej prawdopodobne, że nie urósł w ogóle a różnica w pomiarach wynika raczej z dwóch innych aparatów, którymi były wykonywane. Według OM byłam prawie w 7,2 tygodniu ciąży.
Męczyłam się strasznie cały dzień i pół nocy bóle pleców i całego brzucha były nieznośne. Nawet nie wiem ile spałam ale obudziłam się cała we krwi. Potem krwawienie było coraz mniejsze coraz bardziej podobne do zwykłej @. Trzymali mnie w szpitalu kilka dni, rano i wieczorem przynosili duphaston ale ja wiedziałam swoje. Moje przypuszczenia potwierdziło badanie USG. Macica pusta, endometrium jednorodne 4mm.
Po poronieniu szybko doszłam do siebie. Troszkę sama do siebie miałam o to pretensje, no bo przecież powinnam płakać więcej i dłużej… a nie płakałam za to byłam nieznośnie zazdrosna o te wszystkie zdjęcia berbeciów pojawiające się na fb lub na koleżanki prężące ciążowe brzuszki do zdjęć. Doszłam do takiej paranoi, że myślałam, że one to robią specjalnie żeby zrobić mi przykrość. Nienawidzę siebie takiej… zawsze jestem sprawiedliwa i logiczna… nienawidzę zazdrości. Tak więc odseparowałam się od wszystkich znajomych z dziećmi a tymczasem minęły dwa cykle od poronienia i oczekiwałam kolejnego. Pierwsza @ pojawiła się 11 lutego (czyli idealnie jak w moim wewnętrznym zegareczku) druga natomiast spóźniła się tydzień i pojawiła się 18 marca. Nie martwiłam się więc nazbyt gdy i trzecia miesiączka się nie pojawiła. W zasadzie nie miałam przecież powodu do niepokoju w końcu zabezpieczaliśmy się z mężem prawie za każdym razem. Od poronienia nie zabezpieczyliśmy się raz po mocno zakrapianych świętach Wielkanocnych ale… przecież ostatnio zajście w ciążę zajęło mi ponad rok przy staraniu się o nią. Nie zwracałam też uwagi na wszechobecne zmęczenie wszak media krzyczały, że spowodowane jest one przesileniem wiosennym i niekorzystnym biometeo. Kiedy 16 kwietnia od rana wymiotowałam jak kotek już taka pewna nie byłam. Mąż za to był pewny, że jestem w ciąży. Kupił testy a ja je wykonałam. Jeden od razu- wynik pozytywny, i dwa kolejne nazajutrz z porannego moczu również pozytywne. Testy były trzech różnych marek. Nie było sensu sprawdzać następnych testów, umówiłam się na wizytę do ginekologa a następnego dnia pojechałam zrobić wynik betaHCG. Wyszło ponad 1900 jednostek.
Będąc u ginekologa zakreśliłam pokrótce sytuację, opowiedziałam o poronieniu. Gin skrzywił się jak usłyszał ja świeżo po poronieniu jestem. Uznał, że to o wiele, wiele za wcześnie. Cóż miałam na to powiedzieć?
Na USG widoczny był pęcherzyk ciążowy wielkości 0,51mm jak na 4w4d to normalny wynik. Oczywiście zarodka nie było jeszcze widać. Gin oczywiście pogratulował, przepisał duphaston i zalecił uważanie na siebie. Nigdy jeszcze tak nie chuchałam na siebie i nie dmuchałam… czuję się jakaś taka wewnętrznie spokojna tylko jutro czeka mnie kolejna wizyta i troszkę zaczynam się denerwować. Boję się tego co mogę zobaczyć, chociaż w zasadzie boję się, że mogę nie zobaczyć tego co powinno być widać w tym tygodniu. Dziś zaczęłam 7. Wiem, że mogę jeszcze nie zobaczyć jutro zarodka z serduszkiem bo przecież moje cykle się nie unormowały jeszcze i faktycznie do zapłodnienia mogło dojść później mimo prezerwatywy a mimo to boję się tego a chyba najbardziej się boję powtórki z przed kilku miesięcy i tego, że będzie tylko niewiele większy pęcherzyk.
Staram się odciągać jakoś myśli oglądam filmiki w Internecie, pisze na psich forach (moja największa pasja), przeglądam kalendarz z imionami i zaglądam na strony z wózkami dziecięcymi. Staram się nie fiksować bo wiem, że to nie jest dobre ani dla mnie ani dla maleństwa. Ale zwykłe odwracanie swojej uwagi nie zdaje egzaminu dlatego tez postanowiłam wyrzucić z siebie te obawy, może to mi pomoże… nie mam z kim o tym pogadać bo doszliśmy do wniosku, że tym razem nie powiemy nikomu poza absolutnie najbliższymi (którzy i tak się domyślili) czyli mojej mamie i rodzicom Przemka. Nie chodzi tu o zabobony czy tzw. Zapeszanie bo nie wierze w takie rzeczy tylko… dzielenie się z większą ilością osób tym szczęściem wiąże się z tym, że jeśli znów by nam nie wyszło wszystkim tym osobom musiałabym o tym powiedzieć… a to boli.
Cieszy mnie, że jest takie forum jak to gdzie mogę dać ujście swoim lękom, obawom i strachom.
Pozdrawiam wszystkie mamusie, przyszłe mamusie i mamusie aniołków. Mam nadzieję, że moje obawy pozostaną tylko obawami a ja jutro będę mogła już szczęśliwie wtopić się w grono mam oczekujących na swoje maleństwo.