Moja historia zaczęła się w maju. poszłam do gina i powiedziałam, ze juz bym chciała mieć dzidzię i co mam teraz robić

))) Kazał zrobic badania ale po usg okazało sie że mam zespół policystycznych jajników i czeka mnie długa droga do ciąży dodatkowo branie hormonów.
Zaczęło sie od tego, ze moje pęcherzyki nie chciały rosnąć jak je podstymulowali i były duze to nie chciały pękać. Więc przez miesiąć szprycowali mnie tabletkami i zastrzykami. Nastawiłam sie tak jak lekarz mówił że to może potrwac nawet kilka lat i cierpliwie czekalam i okazało się że po pierwsztm stymulowanym cyklu i po 3 miesiącach starania wyszły dwie kreseczki. Ze szczęścia to niewiedziałam co mam zrobić. Oczywiście powiedziałam prawie całemu światu( wyjatkiem była firma i na całe szczęście). W 5 tc troszke poplamiłam jakieś 30 min

)) dostałam duphaston, nos-pę i leżałam sobie. Potem po usg dowiedziałam się że fasolka jest bardzo malutka i najprawdopodobnie nie rozwija się prawidłowo. Serduszko przestało bić w 11tc i zabieg w ten wtorek miałam.
Ale pociesza mnie to, że znalazłam dobrego lekarza czuje się przy nim bezpieczniej. Nowy tydzien zaczynam od badań. Na własna rękę oczywiście.
Najgorsza w tej całej sytuacji jest to ze ja na nic nie miałam wpływu. No i teraz jeszcze dochodzi informowanie wszystkich, że nam się nie udało.
Powiem wam w tajemnicy, że czuję się trochę gorsza przez to wszystko od moich kolezanek które urodziły zdrowe dzieci.
No to z ładną historią poleciałam w niedzielę. Troszke się rozpisałam