Dzisiaj byłam u gin, opowiem wam od początku. Gdy przyszłam okazało się, że ma opóźnienie jakieś 30 min, i było by ok gdyby nie to, że w poczekalni same brzuchacze. Ale to nic, po chwili przyszła koleżanka ze studiów, oczywiście też w ciąży i z terminem takim jak ja bym miała

i cały czas opowiadała, jak się cieszą, jak się czuje i dopiero po 10 min monologu zapytała a ty co chorujesz czy też ciąż??? no to ja jej że poroniłam, głupio jej się zrobiło, a ja łzy to miałam w gardle. Gdy nadeszła wreszcie moja kolej to jak doszłam do gabinetu to łzy jak grochy. Gin patrzy na mnie jak na głupią, a ja do niego że miałam przyjść na potwierdzenie, a on nie kończy pani rozumiem. zbadał i powiedział, że wszystko jest ok, dał leki na szybsze zregenerowanie się macicy, no i zaczęłam wypytywać co mogło być przyczyną, czy ta moja grupa krwi czy ta biegunka. On powiedział, że ani to ani to, że wprawdzie nie widział zarodka, ale on przyjął by wersje, że był genetycznie uszkodzony i organizm go odrzucił. Zalecił dla komfortu psychicznego pół roku przerwy, ale jakby zdarzyło się szybciej.... i tu nie dałam mu dokończyć bo mówie, że nie zdarzy się bo mąż będzie dopiero w sierpniu, a on no to ok, chciał mi dać zwolnienie, ale ja nie chciałam, i mimo wszystko chce mnie zobaczyć za pół roku:-(