karolcia81
czekam na szczęście.....
Emy - masz racę.....że może go to po prostu przerosło wszystko.
wiesz...jak byłam w ciązy z pierwszym Aniołkiem...to tez przez to przechodziłam....prosiłam "posprzataj, bo ja może nie powinnam się szarpać z mopem i podnosić krzeseł"...on mówił "zaraz", co znaczyło nie dziś, nie jutro....nie wiem kiedy bedę miał ochotę....i ja się brałam i myłam i dźwigałam...on zaczynał wrzeszczeć, że krzywde zrobię sobie i dziecku...ja mu wrzeszczałam "że najwyżej zrobię i będzie miał spokój"....i szarpałam sie ze stołkami i wrzeszczelismy na siebie....moje hormony, jego nerwy i stres, że wszystko się zmieni....że nie bedziemy już sami, że dojda obowiązki.....
no i stało się...stracilismy dzidzie.....i z całego serca przeprosilismy sie za to, że nie byliśmy przygotowani do tej ciązy (choć wystarana, wyczekana), że ranilismy siebie, on mnie przeprosił, że nie potrafił należycie się mną zająć....i dało nam to solidą nauczkę i lekcje....
teraz każda następna ciąża była i będzie przez nas traktowana jak coś wyjatkowego...i juz mi pokazał, że każda strata uczy jego i mnie wiekszej miłości, szacunku, przywiązania.....a przedewszytkim niesamowitego troszczenia się o siebie (czyt. o mnie)....oszalał do tego stopnia, że nawet teraz przed fasolką wiele rzeczy mi nie wolno robić....
więc masz racje...kultura, kulturą....na pewno odczuwasz w różnych aspektach życia to, ze sie róznicie....ale charakter człowieka, stres, dołki.....strach....to dotyka nas wszystkich...i mężów i nas....i różnie się wtedy zachowujemy....
zobaczysz, że jeszcze bedziecie to wspominać i zwalać na Twoje hormonki....patrząc na niemowle śpiące w łóżeczku!
wiesz...jak byłam w ciązy z pierwszym Aniołkiem...to tez przez to przechodziłam....prosiłam "posprzataj, bo ja może nie powinnam się szarpać z mopem i podnosić krzeseł"...on mówił "zaraz", co znaczyło nie dziś, nie jutro....nie wiem kiedy bedę miał ochotę....i ja się brałam i myłam i dźwigałam...on zaczynał wrzeszczeć, że krzywde zrobię sobie i dziecku...ja mu wrzeszczałam "że najwyżej zrobię i będzie miał spokój"....i szarpałam sie ze stołkami i wrzeszczelismy na siebie....moje hormony, jego nerwy i stres, że wszystko się zmieni....że nie bedziemy już sami, że dojda obowiązki.....
no i stało się...stracilismy dzidzie.....i z całego serca przeprosilismy sie za to, że nie byliśmy przygotowani do tej ciązy (choć wystarana, wyczekana), że ranilismy siebie, on mnie przeprosił, że nie potrafił należycie się mną zająć....i dało nam to solidą nauczkę i lekcje....
teraz każda następna ciąża była i będzie przez nas traktowana jak coś wyjatkowego...i juz mi pokazał, że każda strata uczy jego i mnie wiekszej miłości, szacunku, przywiązania.....a przedewszytkim niesamowitego troszczenia się o siebie (czyt. o mnie)....oszalał do tego stopnia, że nawet teraz przed fasolką wiele rzeczy mi nie wolno robić....
więc masz racje...kultura, kulturą....na pewno odczuwasz w różnych aspektach życia to, ze sie róznicie....ale charakter człowieka, stres, dołki.....strach....to dotyka nas wszystkich...i mężów i nas....i różnie się wtedy zachowujemy....
zobaczysz, że jeszcze bedziecie to wspominać i zwalać na Twoje hormonki....patrząc na niemowle śpiące w łóżeczku!
Ostatnia edycja:
wykładać.Trzymam za Was kciuki.