Fusun
Fanka BB :)
A ja szczęśliwie jestem w domu. Ale przeżyłam masakrę poczekalniową i nie chce powtórki takiej akcji. Do szpitala na Kliniczną pojechałam rano (no może nie o 6, ale po 9). To był błąd. Jeżeli jeszcze mi się kiedyś przytrafi, że będę musiała jechać to chyba po południu się wybiorę. Wysiedziałam się na twardym krzesełku ponad 3 godziny. Dostałam informację rejestracji, że pani dr prosi wg "pilności" przypadku. Poza kobietami siedzącymi już w poczekalni przychodziły też oczywiście rodzące, które mają pierwszeństwo (spoko, to jest dla mnie zrozumiałe). Miałam nawet bliskie spotkanie trzeciego stopnia z moją koleżanką z działu, która nagle pojawiła się na izbie, zielona na twarzy, ciężko dysząca i ze spodniami zlanymi wodami płodowymi. Biedna... Szybko Ją zabrali na porodówkę:-) A ja jak się w końcu doczekałam i weszłam do gabinetu to usłyszałam, że nawet jeśli się okaże, że musze zostać w szpitalu to niestety nie u nich bo oni nie mają miejsc. Drugą masakrą był brak usg na izbie. A moją przypadłość (czyli rozwarcie WEWNĘTRZNEGO ujścia szyjki macicy) można zbadać wyłącznie przy pomocy usg. Nic to nie ruszyło pani dr i i tak zgwałciła mnie wziernikiem i paluchami. I co stwierdziła? Że ZEWNĘTRZNE ujście szyjki jest zamknięte. No super... Ale co to wnosi do mojej sprawy? Nic. W związku z tym zadzwoniła na Zaspę i ustaliła z lekarzem dyżurnym, że przyjmą mnie na Zaspie na ginekologii (na patologii też brak miejsc). Bo wg niej powinnam trafić do szpitala (stwierdziła to na podstawie zdjęcia usg zrobionego przez moją panią dr dwa dni temu). To ja się pytam po jaką cholerę mnie gwałciła?? No ale nic. Pojechaliśmy na Zaspę. Tam bardzo sprawnie i w nowoczesnych warunkach zostałam przyjęta przez miłego pana doktora, który zrobił mi usg (bo posiadał takowy sprzęt). Szyjka wyszła dłuższa niż na badaniu dwa dni temu. Wykonał 5 pomiarów i szyjka wyszła mu od 3,1 do 3,7. Powiedział, że nie jest to żaden tragiczny wynik. Rozwarcie oczywiście jakieś jest (lejek). Powiedział, że jeżeli tylko chcę to może mnie położyć na oddział, ale nie zrobią nic czego nie mogłabym robić w domu (czyli nakaz leżenia i przyjmowania luteiny). Powiedział, że szwu mi nie założą, bo z zasady przy bliźniakach się tego nie robi (za duże ryzyko poronienia). No to wiadomo, że wybrałam leżenie w domu i tym sposobem właśnie to robię. Mam leżeć bezwzględnie, brać luteinę i częściej kontrolować się u swojej pani dr. Ale mówił też, że jak chcę to zawsze mogę podjechać do nich do szpitala i też mnie zbadają jak coś.


a potem nam pokiwał :-)