Jesteśmy :-) Udało się, szkarlatyny ani sladu i wyjazd super!
W sobote po nocy dojechaliśmy do Krakowa, rano tylko skoczyliśmy na rynek i potem na sniadanie wpadlismy do mojej kuzynki, która mieszka przy wylocie na Zakopane, więc było po drodze. Przy okazji posadzilismy Stasia na rower z pedałami i ... jak stał to pojechał. Szczesliwy i nie chciał dac się ściągnąć. Najpierw wziął taki mały 14 cali, a potem dosiadł takiego roweru, jak ma Wojtek (16 cali), nogami ledwo sięgał pedałów, ale też zasuwał jak stary rowerzysta :-) Dodam, że już próbował na Wojtkowym wcześniej i nie chicał. A tam ambicje zrobiły swoje. Ciekawe, czy tu, w Warszawie tez pojedzie. Czekają nas więc rowerowe zakupy.
W Zakopanym super. Najpierw była cudna wiosenna pogoda, z mocnym cieplutkim słońcem i śpiewającymi ptakami. A do tego zasnieżony stok, ludzi nie było, więc sobie pojeździliśmy. Potem pogoda była gorsza, a na końiec zasypało nas sniegiem. Chłopcy jeszcze się zima nacieszyli i tarzaniem w sniegu tez. Rano chodziliśmy na narty, a po południu na spacery w góry, ile małe nózki dały rade. Góry jeszce w pełni zimowe, zaśniezone, z pluskającymi mocno strumieniami ;-)
No i najwazniejsze - Wojtek złapał narciarskiego bakcyla! :-) Pekam z dumy oczywiście. :-) Codziennie była godzina jazdy z instruktorem i drugiego dnia jeździl już pługiem i skręcał. I codziennie rano, po otworzeniu oczu, pytanie: czy idziemy na narty? :-) Normalnie nie dalo się go ze stoku ściągnąć. Pamiętam jak Sylwia pisała, że Wojtek tak po lekcji z instruktorem ruszył w zeszłym roku. Wierzyć mi się nie chciało, że tak się da. A jednak. W piątek i w sobotę Wojtek już sam pocinal na dół z dużego wyciągu na Szymoszkowej (pewnie część z Was zna ten stok).
Staś tez nieźle sobie radził. Chciał jeździć i próbować. Pod koniec wyjazdu już było samodzielne (ale z moją asekuracją) skręcanie i początki jazdy pługiem.
Tylko Marysia cos niechętna do nart ;-)

A tak serio, to była bardzo dzilena, bo ciągle musiała sie dostosowywac do planu dnia szalonych rodziców i braci i dzielnie to znosiła. Niestety się przeziębiła, pewnie z tych zmian temperatur.
Oscypków i buncu się najadłam jak trzeba.
Wczoraj też jeszcze byliśmy na nartach i prosto ze stoku do samochodu i powrót. Dzieci były super grzeczne przez całą długa drogę.
Tak więc narty zaliczone i to jak! :-)