Uhhh... od dobrych kilku godzin nie mogę sie oderwa od kompa, bo czytam, coście ostatnio naskrobały, nie wiem jak inne miesiące, ale u nas produkcja postów na skalę masową, bomba!:-)
Siedzę już u Mamy, jak jutro wróci z dyżuru zabieramy się za działania świąteczne, w sobotę mąż dojedzie. MĄŻ... pieknie brzmi, strasznie mi sie podoba to słowo!
Też miałam ostatnio zniżkę nastroju ( jak się okazuje nie ja jedyna...;-)), taka byłam zła, marudna, złośliwa nawet

. I nagle w tym melancholijnym nastroju oświeciły mnie dwie myśli. Po pierwsze- smutna jestem dlatego, że się żegnam z pewnym etapem swojego życia i wcale nie, że nadchodzi gorszy, ale znam to, co zostawiam, a nie wiem ( bo i skąd?) jak dokładnie będzie wyglądał ten czas przede mną. Zawsze jak sie coś kończy, chocby na horyzoncie widniały cuda, lekki niepokój w sercu drzemie. A z niepokoju do strachu i złości już niedaleko... Tak, tak banał, ale dla mnie odkrycie epokowe, jak sobie to już nazwałam.*
I drugi błysk; jestem taka marudna, nic mi nie wychodzi, jestem niezdarna, nie radzę sobie z rzeczami, które były dla mnie codziennością... to przygotowanie na pojawienie się człowieka całkiem bezbronnego, właśnie nie umiejącego sie po rzeczywistości poruszac bez pomocy kogoś drugiego. Może plotę bzdury, ale tak to odczuwam, jakoś podświadomie szykuję się ( a może nawet bardziej M, nie siebie) na łagodnośc, wyrozumiałośc i oddanie komuś. Będzie maluch, któremu TRZEBA poświęcic czas i uwagę.
Ale się namądrzyłam.
