No to teraz my.
Na ósmą zjawiliśmy się na oddziale nefrologii gdzie jak się okazało panuje ospa wietrzna.
Wysłano nas na oddział dzienny, a w międzyczasie (to się pisze razem czy osobno???) mieliśmy zahaczyć o rejestrację i przyjąć się do szpitala.
Zajeliśny kolejkę i poszliśmy na dzienny żeby pobrać Julitce krew bo od 6 rano była na czczo. Po pobraniu i szybkim śniadaniu zeszliśmy na dół żeby się przyjąć. Pani która była przed nami stwierdziła żeby przyjść za ok.godzinę bo strasznie wolno to idzie a ludzi tłum. Więc poszłyśmy na górę żeby się nie zarazić jakimś parchem.
Na nefrologii debatują co zrobić...
Mija ok. godziny, idę na dół a tam... nie ma pani która była przede mną, nie ma pana który był za mną. Więc...?
Więc muszę się jeszcze raz ustawić w kolejce, a ludzi masa, nikt nie wie kto ostatni, jakiś pan, jakaś pani, gdziś poszedł, zaraz wróci...
A ja nie mogę tam z nią stać i czekać Bo jeszcze coś złapie.
I się wkurzyłam.
Wróciłam na górę i powiedziałam że już tam nie pójde, chyba że wieczorem jak już wszyscy będą przyjęci.
Julitka chce spać...
Ale jak tu spać jak dookoła cała masa zabawek, i dzieci, i to, i tamto...
Zasnęła dopiero o 13.00
A na nefrologii wymyślili że to dziecko z ospą pojedzie do centrum zdrowia dziecka. I pojechało.
Teraz mamy czekac na jakiegoś profesora który ma przyjechać z Działdowskiej i zadecydować co dalej, bo Julitka cały czas ma clostridium i nie wiedzą czy to będzie miało jakiś wpływ na biopsję.
Z izby przyjęć zadzwonili że mogę już przyjść, bo wszystko mi już wydrukowali i tylko trzeba podpisać.
Mija 15.00 a pan profesór jeszcze nie dotarł.
Oddział dzienny trzeba zamknąć.
A co z nami???
Poczekajcie na stacji dializ na pana profesora i zobaczymy co dalej.
Na stacji dializ umieścili nas w gabinecie zabiegowym. Przez trzy godziny nikt się nie zjawił. Julitka zasnęła mi na kolanach. Nie wyjdę bo nie ma tam łóżka tylko leżanka i boję się że mi z niej spadnie.
Julitka się obudziła, więc idę z nią do lekarza dyżurnego, i co...?
Jeden pokój, drugi pokój, trzeci pokój (wszystkie lekarskie) i nikogo nie ma.
Pewnie jest na nefrologii albo na niemowlęcym (wszystko na jednym piętrze) ale nie będę z nią biegać po szpitalu i szukać lekarza.
W końcu przechodziła pani doktor ze stacji dializ, i tak, wie, oni już dzwonią do tego profesora i wogóle...
Ok. 19.00 przychodzi lekarka dyżurna. No niestety, już dzisiaj pewnie pan profesor nie dojedzie, nawet wam robiliśmy miejsce na niemowlęcym, ale przyjeli jakieś dziecko i musieli je tam położyć. Jedźcie do domu. Jutro rano zadzwońcie i się dowiedzcie co dalej (w środę miała być biopsja).
Białko 170.