Misia1974
Fanka BB :)
Asiu - najpierw w medarcie było kilka badań. Np. skierowanie na histeroskopię. Zalecił mi też doktor euthyrox, zwracając uwagę, że poziom TSH jest ździebko za wysoki - chwała mu za to, bo nikt wcześniej tego nie widział. Potrwało to razem jakieś 2-3 miesiące. Potem była stymulacja, ale miałam wrażenie, że za słabo monitorowana. Nie sprawdzano mi w czasie stymulacji żadnych hormonów. Najbardziej nas zaskoczyło, że pewnego dnia odbyliśmy wizytę, a doktor nie miał nawet naszej kartoteki. Zresztą zawsze miałam wrażenie, że nie jest przygotowany. Miał po prostu pełną poczekalnię, duże opóźnienie i nawet nie próbował sobie przypomnieć, z jakim przychodzimy do niego problemem. To nas na tyle poraziło, że kiedys mu to powiedzieliśmy wprost. Kiedyś zadzwoniłam co dalej robić, a on mi powiedział: "Działamy". A ja: "No właśnie chciałabym wiedzieć jak". "A nie dałem pani kartki?" Wkurzyłam się i wymogłam, by porozmawiał ze mną dopiero po zapoznaniu się z kartoteką. Któregoś dnia wkurzyłam się i powiedziałam mu, że gdybym wiedziała, jak się robi in vitro, to bym sobie sama zrobiła. Zażartował sobie wtedy, że do tego trzeba trzech osób i sama nie dałabym rady. Osobiście myślę, że fachowcem jest dobrym, ale sukces kliniki przerósł jego możliwości. Podobno jego wielkim atutem do świetne biolożki (fakt, miałam trzy komórki i trzy zarodki). Po prostu facet się nie wyrabia, wiecznie wygląda na zagonionego i w niedoczasie. Brakowało mi informacji, instruktażu, jak brać leki, jak robić zastrzyki itd. Mam wrażenie, że generalnie było ok., ale mocno zawodzi strona organizacyjna i rzuca się brak rąk do pracy. Trochę tak jakby doktor bał się zatrudnić dodatkowe osoby, które by go nieco odciążyły i zadbały o otoczkę. A niestety ta też jest ważna, bo daje poczucie bezpieczeństwa.
Odmiennie było w Gamecie. Wchodziłam do gabinetu zawsze punktualnie. Doktor robi sobie przerwę miedzy pacjentkami i przygotowuje się. Wiem, że mnie i mojego przypadku nie pamięta, bo pacjentek ma wiele, ale zawsze widać było, że przeczytał historię i był przygotowany. Przed in vitro zrobiono nam badania genetyczne. Trochę to było drogie i długie badanie, ale chyba było warto, bo wyszło u mnie zagrożenie trombofilią i zaaplikowano po transferze odpowiednie leki. Przez stymulację byłam nadzorowana i przez usg i przez badania hormonalne, które robiła sama klinika w cenie. Przez cały proces in vitro dostawałam wydrukowaną rozpiskę, jak co brać z uwagami, ile kiedy pić, ile kiedy nie jeść itd. To dawało duzy komfort. Doktor oddzwaniał, gdy nie mógł odebrać telefonu. Raczej powściągliwy i zdystansowany, ale jak było z czego, to i pożartował. Nie ściemniał, mówił prawdę w oczy, rzeczowo i bez nakręcania rzeczywistości. W klinice pokazano mi, jak robić sobie zastrzyki. Prawdę mówiąc, nie mam po prostu żadnych zarzutów do Gamety. Czułam się po prostu komfortowo. I bez względu na wynik, jeśli nawet teraz mi się nie uda, podejdę kolejny raz u doktora Śliwińskiego. Po prostu zdobył moje zaufanie. Jeszcze przed dwoma kreskami na teście mówiłam, że jeśli się nie uda, nie chcę dalej szukać innego lekarza.
Myślę, że odbiór kliniki i lekarza to sprawa indywidualna. U mnie równie daleko do Poznania, jak i do Gdyni - więc łatwiej mi było w sumie. Niby dalej do lekarza, ale za to większy wybór :-)
No i koło medartu nie było żadnego porządnego baru. A przy GAmecie jest Kaszubski (taki bar z lat 70- tym z jedzeniem jak u babci)! I kawiarnia Lilen :-) Dla mnie miało to znaczenie :-) Bo my musieliśmy jednak dojechać sporo kilometrów, często prosto z pracy, czasem za wcześnie - więc było, co zrobić z czasem.
No i kwestia ceny - w Gamecie ten sam zabieg wyszedł drożej. Nie umiem powiedzieć, ile w sumie, bo nie liczyliśmy, ale w Medarice zmieściliśmy się w 10 tys. zł, a w Gamecie nie.
Wiesz Asiu - nawet sobie myślałam, żeby zadzwonić kiedyś do doktora i powiedzieć mu, o ile byłoby lepiej, gdyby zadbał o pierdoły. Bo wiedzy nie można mu odmówić, ale ocena medartu pewnie skoczyłaby o kilka stopni, gdyby facet bardziej zadbał o organizację i wprowadził sobie jakiś system obsługi pacjentów. W g. było wszystko skomputeryzowane i może to powoduje, że był lepszy komfort? Lekarz klikał w komputer i wszystko wiedział, szłam do rejestracji i pani też wszytko wiedziała, laborant wszystko wiedział natychmiast itd. Następstwem tego było, że i ja wszystko wiedziałam.
Dziś rano beta. Trzymajcie kciuki za moje bobaski, żeby dały dobrzy wynik na teście. Nie mogę już dospać :-) Na szczęście u nas w szpitalu wyniki są za pół godziny.
Odmiennie było w Gamecie. Wchodziłam do gabinetu zawsze punktualnie. Doktor robi sobie przerwę miedzy pacjentkami i przygotowuje się. Wiem, że mnie i mojego przypadku nie pamięta, bo pacjentek ma wiele, ale zawsze widać było, że przeczytał historię i był przygotowany. Przed in vitro zrobiono nam badania genetyczne. Trochę to było drogie i długie badanie, ale chyba było warto, bo wyszło u mnie zagrożenie trombofilią i zaaplikowano po transferze odpowiednie leki. Przez stymulację byłam nadzorowana i przez usg i przez badania hormonalne, które robiła sama klinika w cenie. Przez cały proces in vitro dostawałam wydrukowaną rozpiskę, jak co brać z uwagami, ile kiedy pić, ile kiedy nie jeść itd. To dawało duzy komfort. Doktor oddzwaniał, gdy nie mógł odebrać telefonu. Raczej powściągliwy i zdystansowany, ale jak było z czego, to i pożartował. Nie ściemniał, mówił prawdę w oczy, rzeczowo i bez nakręcania rzeczywistości. W klinice pokazano mi, jak robić sobie zastrzyki. Prawdę mówiąc, nie mam po prostu żadnych zarzutów do Gamety. Czułam się po prostu komfortowo. I bez względu na wynik, jeśli nawet teraz mi się nie uda, podejdę kolejny raz u doktora Śliwińskiego. Po prostu zdobył moje zaufanie. Jeszcze przed dwoma kreskami na teście mówiłam, że jeśli się nie uda, nie chcę dalej szukać innego lekarza.
Myślę, że odbiór kliniki i lekarza to sprawa indywidualna. U mnie równie daleko do Poznania, jak i do Gdyni - więc łatwiej mi było w sumie. Niby dalej do lekarza, ale za to większy wybór :-)
No i koło medartu nie było żadnego porządnego baru. A przy GAmecie jest Kaszubski (taki bar z lat 70- tym z jedzeniem jak u babci)! I kawiarnia Lilen :-) Dla mnie miało to znaczenie :-) Bo my musieliśmy jednak dojechać sporo kilometrów, często prosto z pracy, czasem za wcześnie - więc było, co zrobić z czasem.
No i kwestia ceny - w Gamecie ten sam zabieg wyszedł drożej. Nie umiem powiedzieć, ile w sumie, bo nie liczyliśmy, ale w Medarice zmieściliśmy się w 10 tys. zł, a w Gamecie nie.
Wiesz Asiu - nawet sobie myślałam, żeby zadzwonić kiedyś do doktora i powiedzieć mu, o ile byłoby lepiej, gdyby zadbał o pierdoły. Bo wiedzy nie można mu odmówić, ale ocena medartu pewnie skoczyłaby o kilka stopni, gdyby facet bardziej zadbał o organizację i wprowadził sobie jakiś system obsługi pacjentów. W g. było wszystko skomputeryzowane i może to powoduje, że był lepszy komfort? Lekarz klikał w komputer i wszystko wiedział, szłam do rejestracji i pani też wszytko wiedziała, laborant wszystko wiedział natychmiast itd. Następstwem tego było, że i ja wszystko wiedziałam.
Dziś rano beta. Trzymajcie kciuki za moje bobaski, żeby dały dobrzy wynik na teście. Nie mogę już dospać :-) Na szczęście u nas w szpitalu wyniki są za pół godziny.
.
.
