Po punkcji czułam się super. W dzień transferu od rana bardzo bolał mnie brzuch, lekarz stwierdził, że to normalne i podeszliśmy do transferu. Po południu zaczął się koszmar. Najpierw mocny ból podbrzusza, natomiast kilka godzin po bolał mnie cały brzuch, szczególnie nadbrzusze. Nic nie jadłam, a miałam bardzo tkliwy i twardy brzuch. Wzięłam nospę i paracetamol, ale nic nie pomagało. Około 18.00 stwierdziliśmy, że jedziemy do szpitala. Przy próbie wstania 2 razy omdlałam, bólu nie umiem nawet opisać. Nigdy nic mnie tak nie bolało. Mogłam jedynie leżeć na jednym boku, wtedy ból był do przeżycia. Zadzwoniliśmy na pogotowie, które przyjechało po 4,5 h (nie byłam w stanie dojechać sama, ból był nie do zniesienia). W tym czasie myślałam, że nie dożyję do rana. Serio. Byłam zlana zimnym potem, miałam puls 140, gorączkę. W mieszkaniu dostałam od lekarza silne leki przeciwbólowe w kroplówce i mogłam w końcu się ruszyć.
W szpitalu okazało się, że nie mam hiperki, ale mam krwiaka w okolicy miednicy, który podkrwawia do otrzewnej (w okolicy wątroby), a że otrzewna mocno unerwiona stąd ten ból. Dostałam znów leki pbólowe i o 2.30 wróciłam do domu. Po 3 dniach ból ustąpił. Zarodki się nie zagnieździły.
Mój lekarz prowadzący mówi, że w wynikach wszystko było ok i że nie miało to związku z transferem.
Ja natomiast strasznie się boję drugiego podejścia...