Powiem Wam co wydarzyło się u mnie w piątek w pracy.
Dziewczyna, która ze mną pracuje, bo już pomijam fakt, że jest protegowaną pani dyr, że zabrała mi bezprawnie moje godziny z etatu, że notorycznie spóźnia sie do pracy, że przesiaduje w gabinecie dyr, że chodzi tam na papieroski, ja naprawdę to wszystko pomijam.
Ale w piątek to już miarka się przebrała. Robiła z dzieciakami gofry. Ale w jakich warunkach ! Jak dzieciaki się nie rozchorują to będzie naprawdę cud. No i nie miała mąki i bitej śmietany. To wpadła na cudowny pomysł i wysłała chłopca do sklepu, poza teren szkoły, gdzie trzeba przejść przez ulicę. I pewnie bym się nawet nie dowiedziała, ale jeden maluch sie wygadał. Ona zaraz zaczęła prostować, że nie do sklepu poszedł, tylko do toalety. No i okłamała mnie. Jak tamten wrócił ze sklepu, z bitą śmietana pod koszulką, to szybko to przechwyciła od niego i pod żadnym pozorem zakazała mi o tym mówić.
Ale Maciek stwierdził, że nie umie kłamać i o wszystkim mi powiedział.
Nawet nie wiecie, jak się zdenerwowałam, zaczęłam się cała trząść, tak, jakbym sama go do tego sklepu wysłała.
Miałam iść do dyr, ale się wahałam, czy to w ogóle coś da, bo przecież dziewucha jest przyjęta po znajomości i pewnie ujdzie jej to na sucho. Ale jakbym ja coś takiego zrobiła, to wyleciałabym dyscyplinarnie w 2 s.
Za kilka godzin zginął nam jeden chłopiec. Przyszła po niego matka, a jego nigdzie nie było.
Okazało się, że poszedł sam, bez pozwolenia na boisko.
No i miarka się przebrała, wygarnęłam jej, że jak jeden ma podzwonne sam do sklepu, to drugi pomyślał, że może sam iść na dwór. No i powiedziałam, że tak tego tak nie zostawię. To zaczęła mnie straszyć, że ona tez będzie na mnie chodzić i skarżyć. Że ona mnie przeprasza, bo może nie powinna, ale Maciek jest już duży i takie tam.
Normalnie ręce opadają. Jakby coś się stało, to od razu kryminał. A na marginesie dodam, że mama Maćka jest policjantką.
Od piątku chodzę, jak struta. Nie wiem, co z tym fantem mam zrobić...