Mój dzien zaczął się duzo spokojniej w porównaniu do wczorajszego
Wczoraj przyszłam na dyzur. Raport. A potem sajgon... Ide na sale do dziecka pod tlenem. Dziecko ma duszność.
Patrze saturacja 81%. Mówie do baby ze ma dać dziecku maskę z tlenem. Dziecko wyje. Przekonuje dziecko by tą maskę wzieło. Dziecko wyje nadal. Matka nic nie robi by dziecko uspokoić. Wiec po 5 min negocjacji mówie grzecznie do baby ze jak maski dziecku nie załozy to ja to niestety bede musiała zrobić. bo jest stan zagrożenia życia. A ona do mnie z ryjem ze jej dziecko stresuje. Dym mi poszedł uszami i mówie że za jej dziecko odpowiadam i ma zrobić co mówie. Dziecko zasłoniło się "przytulanka" i wzięło smoczek(dziecie lat 4,5). "Przytulanka" czarna jak boża ziemia, chyba szmata do podłogi wygląda lepiej. Wkoncu po 10 min użerania się z matką i z rozkrzyczanym dzieckiem osiągnełam cel. Ide na inna sale tam dziecko z krwawieniem i po transfuzij. Patrze jest ok. Po wizycie pojechało na dalsza diagnosykę. Następna sala nie da się opanowac goraczki u dziecka. Leki nie pomagają.I tak na każdej sali jakiś kwiatek... Cały dyzur był do du.. Potem zebranie z dyrektorem o podwyzkach ktorych nie ma. Wielki bubel poszedł w eter a i finał jest niepewny.
Świadomie szłam na pielęgniarstwo. Lubie swoją prace, ale czasami mam dość. Mam 11 lat pracy a przede mna jeszcze 33. Pacjenci bywają okropni, traktuja nas jak śmieci. Rodziny podobnie. Nie wiem czy dam rade pracować tyle lat w zawodzie. Wbrew opini ludzi moje praca nie polega na piciu kawy. Śniadanie łykałam w biegu bo jedzeniem tego nazwać nie można o godz 11. Jak tu sie nie stresować...
Dzis naszczescie wolne...