Lady, Ty to masz zdrowie kobietko

Czy Ty wogóle sypiasz? Czy odsypiasz potem te nocki zarwane na BB w ciągu dnia

)
Witaj Ingrid wśród nas

Mi też szykuje się primaaprilisowy prezencik...
Napisałyście tyle tego wczoraj, że nie mogę zbytnio dojść do ładu i składu, ale to widzę już norma tutaj.
Ja też mam problem z bakteriami i wydzieliną... a jeszcze moja pani doktorka mówi że taka zwiększona wydzielina w ciąży to norma, kiedy nawet ja - laik tej normy nie widzę. A jeszcze ostatnio lekarz ze szpitala potwierdził, że coś nie tak i dał leki (macmiror).
Też bym się bała CC, raczej bym sobie zażyczyła znieczulenia ogólnego, wolałabym przespać całą akcję. Ale to nie bólu się boję, bo wiem że się nic nie czuje w trakcie zabiegu - tylko dźwięków, szczęku narzędzi itp. Bo ja też panikarą jestem straszną.
A naturalny już przeżyłam i mimo, że z nacinaniem i szyciem (brrr) to da się to jakoś znieść.
Jako, że mam chwilkę wolną to popiszę na ten temat, powspominam troszkę...
Ogólnie mój pierwszy poród można by uznać za książkowy. Synek urodził się 2 tygodnie po terminie, ale zmieścił się w czasie z naszą niewielką pomocą ( seksik hehe - najfajniejszy wywoływacz spóźnionych dzieciaczków). Obudziłam się około 1 w nocy bo poczułam skurcze, ale poprzedniej nocy też miałam jakieś tam skurczyki z których nic nie wyszło, więc na razie leżałam cicho, próbując zasnąć. Skurcze jednak robiły się coraz silniejsze i coraz bardziej regularne. W końcu około godziny 4 zrobiły się 5-minutowe, wzięłam więc młotek i obudziłam mojego śpiącego królewicza, hehe, ciężko mu było zwlec się z łózia. Umyłam się, ubrałam, wzięliśmy torbę, taksówkę i pojechaliśmy do szpitala. Z racji nocnej pory dojechaliśmy w rekordowym tempie.
Oczywiście izba przyjęć - heh byłam wtedy zameldowana gdzie indziej a mieszkałam w Gdyni, więc było małe zamieszanie. A tu skurcze, coraz mocniejsze i bardziej bolesne.... Miałam ochotę wrzeszczeć na babkę, że co ona ode mnie chce, ja tu rodzę a ją interesują tylko głupie papierzyska. Położyli mnie na KTG, dobrze że był tam mój men, bo długo leżałam i nikt się mną nie interesował. Potem było badanie lekarskie i decyzja - na porodówkę. Oczywiście nie obeszło się bez golenia (babeczka miała jednorazówkę) i lewatywy - polecam, polecam

Przebrałam się w swoją koszulę nocną - nie polecam, potem była cała przepocona i musiałam nosić szpitalne (najlepiej na poród wziąć szpitalną a potem się w swoją przebrać po prysznicowaniu). Potem kibelek, skąd musieli mnie wyciągać siłą heh, lewatywa zrobiła swoje, potem byłam puściutka i czyściutka.
Na sali niestety musiałam prawie cały czas leżeć, a to badanie, a to KTG a to jeszcze jakieś inne zabiegi.... jednym słowem dupa z aktywnego porodu. Teraz to się nazywa chyba na biedronkę

)
Mąż bardzo mi pomógł, zwłaszcza jego cieplutkie łapki na obolałym podbrzuszu. Bóle w pewnym momencie stały się bardzo silne, taki kryzysowy moment 7 cm rozwarcia. W tym momencie nie myśli się o niczym innym a czas mija z prędkością światła od skurczu do skurczu, wydaje Ci się, że świat obok nie istnieje, jesteś tylko Ty i Twój brzusio. Troszkę pomagały oddechy ze szkoły rodzenia na początku, ale przy tym kryzysie to już oddychałam prawie płacząc i jęcząc.
Przyszedł lekarz i wydał dyspozycję przebicia pęcherza płodowego. No to znowu na łóżko hehe, jednak po przebiciu rozwarcie zrobiło się nagle na 9.5 cm, kazali więc na lewy boczek się położyć, żeby z lewej strony jeszcze się rozwarło mocniej. Akcja zrobiła się w tym momencie bardzo szybka, od razu przyszłe bóle parte. Nie mogłam jeszcze przeć więc kazali oddychać pieskiem, czyli ziajać. No i wtedy przyszło to upragnione 10 cm i się zaczęła zabawa.
Bóli partych nie jestem w stanie nawet opisać, po prostu się dzieje wszystko poza Twoją kontrolą i świadomością. Choćbyś chciała coś powstrzymać, to nie możesz, ciało i macica ma absolutną kontrolę, mózg gdzieś tam w tle ewentualnie coś sobie myśli. Nie wiem ile było tych bóli, sporo ogólnie, bo w pewnym momencie kazali przeć a ja takim słabym głosikiem: "ale ja już naprawdę nie mam siły...". No to dostałam jakiś zastrzyk na wzmocnienie a mąż zawołał że widzi główkę i czarne włoski. Dostałam niezłego powera

) I wtedy mnie nacięli, auaaaa, jakie to było bolesne, mimo że wszyscy trąbią, że robi się to wtedy, gdy wszystko jest maksymalnie rozciągnięte i nic nie powinno się czuć. Ja czułam, aż na tym łóżku podskoczyłam i wrzasnęłam aua! No ale chwilkę potem po jednym skurczu wyszła główka (razem z niezła ilością hemoroidów, które potem same się wchłonęły do środka w trakcie połogu). No a po główce reszta ciałka to już praktycznie bez parcia się ze mnie wysunęła, było takie blurp i już widziałam mojego synka na świecie. Powiedziałam: "chodź do mnie mój syneczku kochany" i położyli mi go na brzusio.... Mąż przeciął pępowinę i nie zemdlał heh.
Nie muszę chyba mówić, że to najwspanialsza chwila w moim życiu !!! Młody urodził się o 8:15.
Potem go obadali, wykąpali pod zlewem (na co gapiłam się ogromnymi oczami - szok, takie maleństwo), natarli maziami i oliwką, ubrali i dali mężowi na łapki.
No a mnie zaczęli szyć, o matko... jeszcze gorsze to było niż krojenie. Ja ogólnie wolno reaguję na znieczulenie, więc to było prawie na żywca, znieczulenie to chyba zaczęło działać po fakcie. Przy każdym szwie podskakiwałam pupą a lekarz się wykłócał ze mną, że jeszcze jeden by się przydał hehe.
No potem było pierwsze karmienie piersią (a właściwie próba - bo takie małe zazwyczaj nie są głodne od razu po porodzie), zdjęcia rodzinne - słodziutkie. Dostałam kubek mleka i chlebek z masłem i miodem i jakąś owsiankę bez cukru blee

2 godziny poleżałam, potem przewieźli nas na salę dla mamuś, gdzie padłam jak kawka i zasnęłam na kilka godzin. Dominik też ostro wypoczywał po tym traumatycznym przeżyciu, rzadko się budził

Skorzystałam więc z okazji i poszłam wziąć prysznic, a w drodze powrotnej omal nie zemdlałam.... chyba się pospieszyłam zbytnio.
Potem jednak wszystko się unormowało, karmienie, przewijanie, żółtaczka fizjologiczna itd. Do czasu gdy prawie ubrana, spakowana i gotowa do wyjścia dostałam grypę

Totalnie wysoka temperatura, łóżko i koszula całe mokre, leżałam i dygotałam. No to przenieśli nas na aseptyczny, najpierw odseparowali ode mnie synka, a potem zmienili zdanie i mogłam być z nim w małym pokoiku na końcu korytarza. Tam o nas zapomnieli. Nawet kolacji nie dostałam a śniadanie dopiero jak się poszłam upomnieć, że głodna jestem

) No ale potem panie jak anioły się mną zajęły. Seria bolesnych zastrzyków w dupsko z antybiotykiem. Załatwiły mi odciągarkę pokarmu bo miałam nawał i nie mogłam dotknąć piersi. I ogólnie bardzo pomagały przy dziecku i dawały dobre rady. A na męża nakrzyczały jak przyniósł Rafaello hihihi. Wiadomo, że karmiące muszą unikać kokosa. No i tak poleżałam 8 dni w szpitalu, potem spytałam czy z dzieckiem wszystko gra i gdy okazało się, że tak - wypisałam się na żądanie.
Niestety okazało się to głupotą, bo ledwo wróciłam do domu, to do mnie wróciła grypka, w jeszcze mocniejszym wydaniu.
Jak mnie mama zobaczyła pierwszy raz po porodzie to powiedziała, że się przeraziła - chuda, blada, z oczami jak szkiełka.
Ale jak to mówią doświadczone mamusie (i ja mogę im wtórować), że dziecko wszystko, ale to naprawdę wszystko wynagrodzi. Moja mała niunia dłuuugo była dla mnie caaałym światem
