ja nadal z baby boomem za pan brat...
Była dziś rano położna, miała przyjść po 10, przyszła przed 9 i się dziwi, że my w proszku... Generalnie jestem wyrodną matką, ponieważ po porodzie dziecko było tak długo beze mnie (urodziła się w pon, a wróciła do mnie w środę), a poza tym karmię przez kapturki, a nie gołą piersią... Kapturki są ok, ale tylko sporadycznie, a my ciągle ich używamy
Poza tym, moja Mała ma kolki od urodzenia. Ja się chyba pochlastam. Dziś wisiała prawie cały dzień na cycu, teraz mi już mleka brakło

Mała ryczy, a ja razem z nią. Już nie wiem, co mam robić... Moja mama dziś pojechała i mi smutno. W dodatku mój M poszedł dziś na imprezę firmową, tak więc siedzę sama i płaczę.
Tak sobie myślę, że ja bym mogła posiedzieć jeszcze w tym szpitalu trochę. Przynajmniej ktoś się nami interesował, położne wpadały zajrzeć, co słychać, jak ja i Mała, było z kim pogadać. I wszytsko było jasne, wiadomo, o której posiłki, kiedy zastrzyk, a kiedy kroplówka. M wpadał na chwilę, pocieszył się, jaką ma fajną córę i szedł dalej. Miał urlop akurat jak ja w szpitalu byłam, przychodził do mnie i pytał, po co w ogóle się ruszał z domu. Teraz jak go potrzebuję, to go nie ma. Nawet jak jest, to się tylko irytuje, że Mała krzyczy i płacze, wkurza mnie, bo mnie poucza, jak do piersi dostawić, w nocy mówi, że trzeba pieluchę zmienieć, pochodzić z Małą, itp, a sam dupy nie ruszy i tylko pretensje i pretensje.
W najczarniejszych wizjach nie wyobrażałam sobie, że tak to będzie u nas wyglądało.
Mała jest cudowna, kocham ją nad życie, ale mam dość. Moje dzieciątko całą dobę płacze i cierpi, a ja nic nie mogę zrobić. Co najwyżej popłakać razem z nią
