Ok trochę czasu posiadam, inwencja się obudziła, więc...
odebrałam Gosicę ze żłoba , w ręku miała ciacho, pożarła, pojechaliśmy po Hankę, a potem przez aptekę do Tesco. W drodze małżonkowi zrobiło się głodno, bo nie jadł w pracy, a że posiadał skromne zasoby żywieniowe wyjął je, z mety sępy zaczęły kwękać, że one też chcą / nota bene w żłobie i przedszkolu dopiero co skończyły coś ciamkać gębą /. Małżon wziął chleb, a ja dostałam jabłko, które krążyło ode mnie do Gośki, przez Hankę znów do mnie, w czasie kolejki Hanki Gonia dożywiała się chlebkiem.
W sklepie oczywiście trzeba było zaliczyć kibelek i to obie na raz... dobrze, że mam już obstukane to, bo to nie pierwszy raz... Potem mycie rączek i na sklep. Oczywiście wszystko truchcikiem, podskokach i z radosnym piskiem na gębusi... Po pierwszym szpalerze półek Gosia stwierdziła "Mama kupa..." dotknęłam tyłeczka już była na wierzchu, nim doczłapałyśmy do wc, kupa była cała zrobiona, a ja tylko miałam kłopot.
Ściąganie gatek, rajstopek, butów , spodni, mycie tyłeczka w umywalce i Gosia radośnie oznajmiająca pani "Zrobiłam kupę w majtki" rozbraja wszystko, nawet matkę z obłędem w oczach. Majty zaliczyły wytarcie
tyłeczka i zostały wyrzucone.. bo nie miałam sił, ochoty je pakować do swej torby...
Udałyśmy się na cd zakupów.. dalej w radosnej atmosferze, w podskokach i chęci pomocy rodzicom Gonia postanowiła ułatwić życie tacie ciągnąc wózek w kierunku jej tylko wiadomym. Wiadomo jaki był tego efekt - koszyk w najmniej spodziewanym momencie obijał się nam o nogi, odjeżdżał gdzie chciał; nastąpiła więc obraza majestatu, bo Gonia została umieszczona w koszyku. Starsza w tym czasie chciała się trzymać ręki taty i nikogo więcej, jeśli coś było nie tak histeria wybuchała. Kolejki duże , więc ja zostałam z nimi na zabawkach, a tata stał przy kasie. Więc tu też jedna czymś się zajęła, to druga nikła, a że mała jest i są tam kąciki, to kilka razy zchodziłam na zawał. W końcu wyszłam z nimi na zewnątrz, odwiedzić jeszcze jeden sklep. Tja obie muszą mieć koszyki, za 3 min. koszyki lądują u mnie w ręku, a panny puszczają się dzikim truchtem w pogoń za nie wiadomo czym. Potem był jeszcze placyk z zabawkami na forsę, obie musiały się na wszystko wdrapywać i kiedy już wreszcie myślałam, że pojedziemy do domu Hanka oznajmiła "W brzuszku mi burczy" o żesz tyyyyy...
Była knajpka, więc zasiadłyśmy, ale ... kobiety spojrzały pod stolik, gdzie była guma przyklejona i zaczęły ją odklejać, wrzeszczały do taty,,, przy posiłku też wariowały, aby na końcu stwierdzić Hanka "Siku" kiedy już myślałam, że ruszymy to Gonia "siku"...
A to tylko fragment dnia z życia naszej rodziny...