Ja wyladowałam w szpitalu bez skurczy-po prostu w nocy odszedł mi czop śluzowy to pojechaliśmy...I leżałam sobie popodłączana pod różne urzadzenia prawie 6 godzin i w zasadzie nic się nie działo...A,no nie,przepraszam-mój mąż o mało nie zemdlał jak pani obok rodziła...;-) A zaraz potem przyszedł lekarz,który miał sie mna zajać no i zaczęło się...

Bo okazało się,że jest on w moim wieku i jest sąsiadem teściów i z moim męzem w piaskownicy się bawił...Wtedy dotarła moja siostra cioteczna(też lekarz ale pediatra)i...dostała wytrzeszczu

bo lekarz był Jej kolegą z roku...Podobnie jak jedna z doktorowych...Czyli każdy każdemu zaczął mówić po imieniu i zrobiło się rodzinnie jak to położna określiła.Do czasu...Bo jak Marcin (lekarz)zaczął mi wyciskać wody płodowe to podobno mu wykrzyczałam,że jak jeszcze raz mnie dotknie to go zabiję...

I wiecie...Wiecej do mnie nie podszedł-położna rozwarcie badała...I w sumie już mnie do cesarki szykowali a tu nagle poszło rozwarcie na 4 palce(po 1.15 min.),no to na fotel-trzy razy parłam i już była Zuzia...To trwało może z 5 minut...W tym czasie tym razem zdążyła zemdleć jedna ze studentek pierwszego roku położnictwa...

A potem to już z Mariuszem na przemian płakaliśmy i śmialiśmy się ze szczęscia i to naprawdę była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu,o ile nie najpiękniejsza...:-) Później Mario dostał Zuzię na ręce i poszli się badać a mnie lekarz spytał czy może podejść mnie pozszywać(bardzo popękałam plus nacięcie);-) I szył...1.5 GODZINY...Po znajomości przyłożył się chłopak...Jeszcze niedawno miałam wrażenie,że aż za bardzo;-)