Dziewczyny, ja Wam coś powiem. Pracuję w przedszkolu państwowym i wierzcie mi punkt widzenia mam inny niż Wy. Dla rodziców czas pracy to tylko kilka godzin z dzieckiem, często rodzice są niemili, nadmiernie wymagający, nie mówią dzień dobry (nie generalizuję, więc proszę tego nie brać do siebie). Często przyprowadzają dzieci chore, ukrywają to przed nauczycielkami, ale dzieci same mówią, że np. tata mówił, żebym powiedziała,że w domu nie miałam gorączki. I potem pół grupy chore, nauczycielki chore, logopedka i ja (i weź tu człowieku bądź w ciąży w przedszkolu!). Wielu rodziców myśli też, że to łatwa, miła praca - a naprawdę polecam spędzić jeden dzień w takim hałasie, humorach, dąsach, biegunkach, pilnowaniu dzieci, wyciąganiu ich z placu bitwy itp. Nauczyciele dostają gównianą kasę, na grafiku pracują 5 h, ale mają drugie tyle do zrobienia po godzinach w domu lub przedszkolu. Rady pedagogiczne, kiedy dyrektor zapierdzi i siedzisz do 22, a nikt Ci tych godzin nie odda. W ferie - praca, w wakacje - praca. I naprawdę nie dziwię się nigdy, kiedy moje koleżanki marzą, żeby w Wigilie dzieci było mniej, bo chcą spędzić czas ze swoimi, albo jechać do swoich rodzin. I tu nie chodzi o to,żeby rodzice brali urlop, bo to jest coś innego. Ale chodzi o rodziców, którzy przyprowadzają dziecko z wielkim uśmiechem, bo "oni mają jeszcze zakupy do zrobienia". A jak nauczycielka zamknie przedszkole o 18, to już wiele nie zrobi...
Nie mówię, że wszędzie tak jest, ale uwierzcie mi, że one pracując za 1700-2400 (w zależności od miasta), w takim hałasie i odpowiedzialności, też mają prawo być zmęczone. A urlopu nie wezmą w ciągu roku, bo karta nauczyciela tego zabrania. Więc liczą na fuks - "może ktoś nie przyprowadzi dzieci, może się uda, że wcześniej wyjdą, to i ja spokojnie naszykuję święta"
Tylko, że państwowe za te wolne dni oddają, a prywatne widzę,że nie...piszę to jednak po to, aby nie generalizować - nie wszędzie chodzi o to samo.