reklama

Opisy naszych porodów

Kurcze dziewczyny jak czytam te opisy waszych porodów, to taka mnie zazdrość ogarnia, że macie to już za sobą, choć w danej chwili niekoniecznie chciałabym się wtopić w waszą skórę, bo zawsze jednak ma się tę nadzieje, że może akurat mi pójdzie gładko ;) Naprawdę bardzo, bardzo gratuluję wspaniałych kruszynek, no i podziwiam za wytrzymałość. Byłyście wszystkie naprawdę dzielne! A ja im więcej czytam, tym bardziej mi się wydaje, że nic nie wiem i że nie dam rady i chyba się poddam. Sama nie wiem, jaki mam próg bólu, ale tak jakoś mi się wydaje, że niski. Czuje się trochę tak, jakby ten poród, który zbliża się wielkimi krokami, miał mnie nie dotyczyć. Piszecie tu o tych oddechach, o tym czego was uczyli w SR, a ja nawet do SR nie chodziłam, cóż będę robić wszystko na czuja. A co do kosztów szpitalnych, to jak u mnie też są takie kolosalne, to chyba padnę trupem z bólu prędzej :P Zobaczymy jak to będzie. Tak czy siak, dzięki za świetne opisy, zawsze to jakieś podświadome przygotowanie. Jakoś to będzie! Pozdrawiam
 
reklama
Ok, kolej na mój opis porodu. ;-)

Jak już wiecie w niedzielę rano, 1 lutego (data terminu tak dla przypomnienia ;-) ), miałam jechać z rodzinką na basen, ale ponieważ rano odszedł mi czop i zaczął mnie trochę boleć brzuch, stwierdziłam, że sobie podaruję i się położę. Mój mąż, teściowa i Ingusia wyszli z domu około 11, teściowa miała przykaz pilnować telefonu i w razie jakby się coś u mnie działo miałam dzwonić. Jak tylko rodzinka wyszła zaczęłam miec delikatne skurcze, już chciałam dzwonić, zeby wracali, ale żal mi było Ingusi, która skakała z radości na samą myśl o basenie. :-p Około 11.30/12.00 miałam już konkretne skurcze, ale jeszcze nieregularne, co 20-15-12 min, a od 12.30 już skurcze regularne co 10 minut. W międzyczasie dzwoniłam już do rodzinki, żeby szybko wracali, ale niestety NIE ODBIERALI telefonu!!! :wściekła/y: :angry: W końcu około 1 zadzwonili, że już wracają... a na basenie, jak sie okazało, nie było zasięgu... Jak już dotarli do domu, gdzieś ok. 1.20 ja już miałam skurcze co 7-8 minut, brzuch mnie bolał okropnie cały czas, a w czasie skurczy tylko się nasilał, w ogóle skurcze miałam bardzo długie, bo trwały nawet 2 minuty. Zadzwoniłam na porodówkę, żeby zapytać co mam robić, i kazali przyjezdżać. Przed 14.00 bylismy na miejscu ze skurczami co 5 minut, i jak się zaraz okazało rozwarciem na 4 cm. Położna mi zrobiła mi lekki masaz szyjki i od tamtej chwili skurcze miałam najpierw co 3 minuty, potem już jeden za drugim, a były tak długie, że trwały dłużej niż przerwa między nimi... :-( Miałam chodzić miedzy skurczami, ale się nie dało, tak mnie strasznie bolało, nie miałam siły wstać. Po prostu wyłam z bólu! :baffled: Tak się zarzekałam, że nie będę brała zadnych środków wspomagających w czasie porodu, jednak bóle były tak silne, że musiałam sobie ulzyć gazem. :sorry2: Fajna sprawa, naprawdę rozluźnia, polecam. :tak: Oczywiście Tomek cały czas był ze mną, masował mi plecy w czasie skurczu, i trzymał za rękę. W każdym razie około 15.15 przyszła połozna, chyba usłyszała moje jęki, bo czułam wyraźnie, że idą parte, a mój mąż wstydził się iśc po połozną... :dry: przyszła, zerknęła i powiedziała „ok, to rodzimy”, przebiła mi pęcherz płodowy (wody były nieco zielone) i od razu praktycznie kazała mi przeć przy następnym skurczu. No i przy dwóch skurczach wyparłam główkę, a za trzecim resztę ciałka. :-D Fionka miała rączkę przy główce, więc położna musiała włozyć tam rękę, żeby pomóc małej wydostac się na świat. Ból był oczywiście okropny, najbardziej bolała mnie skóra, czułam jak pękała dosłownie. :-( Zaraz jak tylko Fionka wyskoczyła, połozyli mi ją na brzuchu, tylko lekko otarli, co w sumie nie było zbyt przyjemne, bo mała zrobiła kupke zaraz po wylocie, więc tak leżałyśmy umazane tą kupką, potem jeszcze mnie osikała hahaha. :-D O 15.30 urodziłam, a na salę poporodową trafiłam dopiero o 19.30. Okazało się, ze w tym samym czasie w przeciągu 15 minut urodziło się w sumie 4 dzieci i stąd to opóźnienie. W międzyczasie jeszcze tylko mnie zszyli (pękłam tam gdzie mnie cięli przy pierwszym porodzie), zważyli Fionę, nie zmierzyli, bo tu nie mierzą, otarli trochę, ubrali, ja wzięłam prysznic, acha, zrobili mi jeszcze herbaty, i pojechałyśmy na salę poporodową. Byłam głodna jak wilk, nic mi nie dali do jedzenia, dopiero mąż mi przywiózł ok. 20.30 zupę z domu... :oo2: Ogólnie opiekę poporodową, czy nawet w czasie samego porodu (w Polsce miałam poród aktywny, piłkę, prysznic, inne gadżety, a tutaj nic) oceniam raczej marnie, ale to już inny temat. ;-)
 
Nathalii- szybko się uwinęłaś;-):-) ale zeby tak z marszu kupka od córki dostać??;-):szok::rofl2: czym się tak naraziłaś Fionce, he??;-)

Cieszę się, że wszystko dobrze sie ułożyło- wracaj do sił. a jak Inga przyjęła Małą??:-)
 
Nathalie ból to na pewno nie fajna sprawa, ale na szczęście długo się z nim nie męczyłaś. Za to Fionka od razu pokazuje charakterek i olewa mamusię :-D;-):-D
Pozdrawiamy i gratulujemy jeszcze raz :tak:
 
Nathalie ...chyba nie było u Ciebie czasu na piłkę i inne rzeczy ..tak szybko urodziłaś , że aż Ci zazdroszczę ...najważniejsze że Fionka jest zdrowa i mamusia szczęśliwa :-D:-D:-D
A ja już wiem czemu na wyspach nie mierzą dzieci ...chodzi o bioderka aby ich nie naciągać ... nie powinno się prostować noworodkom nóżek ;-).może to i lepiej :confused:
Jeszcze raz Wielkie Gratulacje ;-);-);-)
 
reklama

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry