reklama

Opisy naszych porodów

kraf83 ojoj wspoczuje... nameczylas sie biedna :-( tez slyszalam krzyki innych rodzacych gdy ja lezalam na sali porodowej i wiem ze to irytuje... za kazdym kolejnym krzykiem dziecka myslalam sobie "dlaczego to jeszcze nie moj Maciek?", tak chcialam aby sie to skonczylo... a ty tyle godzin na nogach :baffled:
po cesarce ciezko jest wrocic do siebie, ale dobrze ze juz jest lepiej :tak:
 
reklama
Jeju Kraf az mnie ciarki wzięły i brzuch rozbolał. Jakoś za bardzo się wczułam w to cięcie. Ale Cię niemiłosiernie wymęczyli, można powiedzieć że przeżyłaś prawdziwe bóle porodowe a to cc to akt miłosierdzia personelu. Współczuję!!! Ale jestes dzielna babka, a chwile zwątpienia to chyba każdej z nas się zdarzały:tak:
 
Czesc dziewczyny! Od wtorku jestesmy juz w domku, Milenka jest przeslodka :-D! Praktycznie przez wiekszosc czasu grzecznie spi :-).

Jesli chodzi o porod - cesarka byla zaplanowana na 19 lutego rano. 18 lutego bylam juz w szpitalu, badania itd. 19 lutego ok.6 rano dostalam kroplowke, przede mna jeszcze jedna dziewczyna miala planowana cesarke, a potem bylam ja - na sale weszlam ok.8:30. Bylo troche problemow przy wklociu sie w kregoslup, chyba dopiero za 3 podejsciem sie udalo, w tym czasie zdarzylam sie maksymalnie zestresowac, tak ze prawie bym im zwymiotowala na tym stole. Wczesniej postanowilam sobie, ze bede obserwowac sytuacje jak odbija sie w lampach, ale po tych przejsciach ze znieczuleniem dalam sobie spokoj, nie patrzylam tylko sluchalam. W pewnym momencie (na samo wyjecie malej) dali mi chyba jeszcze w zyle glupiego jasia, bo odplynelam, tzn wszystko slyszalam ale tak jak przez mgle. I nagle uslyszalam placz Milenki :-D, ale nawet jej nie zobaczylam, bo od razu wzieli ja na noworodki. Dostala 10 punktow, mierzyla 56 cm i wazyla 2900 gram :-). Potem szycie i jazda na sale pooperacyjna. I zaczela sie dobra totalnego cierpienia, przeryczalam z bolu dobre pol dnia, to byla totalna masakra. Na oslode maz pokazal mi w komorce zdjecia Milenki, znowu zaczelam beczec, tym razem ze wzruszenia:-)... A na drugi dzien o 6 rano polozna juz kazala mi wstac, to byl cieeeeeeezki dzien, a zarazem najlepszy, bo ostatkami sil wdrapalam sie po schodach pietro wyzej na noworodki i zobaczylam Milenke pierwszy raz na zywo, cudowna chwila :-D! Mala dostalam do pokoju dopiero w niedziele po poludniu, nie bylo miejsca na pokojach jednoosobowych (totalne zatrzesienie porodow!), a na 2-os. maz nie mogl wejsc i widzial coreczke tylko przez szybe :-(... Tak wiec bylam z mala od niedzieli po poludniu do wtorku po poludniu, w tym czasie przespalam w sumie moze 4 godziny - krazylam pomiedzy pokojem, WC a pokojem z laktatorem (mala nie chce pic z piersi-za bardzo przyzwyczaila sie do szpitalnych smoczkow, z ktorych mleko lecialo ciurkiem). Pielegniarki praktycznie nic nie pomagaly i byly wrecz opryskliwe (jak wspomnialam bylo mase porodow),a wiadomo po cesarce mega ciezko bylo wyjac dziecko z wysokiego szpitalnego lozeczka i w ogole robic wokol niej (i wokol siebie). No ale teraz jestesmy juz szczesliwe cala rodzinka w domku :-D!

P.S. Kilka fotek malej jest na naszej stronce www.haniaimarek.pl .
 
Mój opis będzie raczej krótki i mam nadzieję, że trochę ku pokrzepieniu serc dla tych dziewczyn, których pierwsze porody były ciężkie. U mnie faktycznie drugi poród był chyba nagrodą za pierwszy.
W niedzielę wieczorem męczyły mnie lekkie bóle, ale były one takie jakie miałam od prawie 2 tyg. W nocy się parę razy budziłam, a skurcze nie były regularne i zbyt bolesne. Ok. 6 rano kiedy mąż miał iść do pracy stwierdziłam, że coś się rozkręca i poprosiłam go, aby został w domu. On oczywiście zaczął panikować, że musimy jechać do szpitala, ale ja stwierdziłam że to niemożliwe abym rodziła i tak się snułam po domu, poszłam z 3 razy pod przysznic, zjadłam śniadanko, po którym mocno mnie przeczyściło.Ok. 8 przyjechał mój brat do Franka a ja zadzwoniłam do ciotki położnej i umówiłysmy się w szpitalu. Na IP byłam po 9 i strasznie długo trwały wszystkie formalności, stwierdzili, że mam już 5 cm rozwarcia i kazali iść na porodówkę. Skurcze były już mocniejsze, ale ja cały czas gadałam i śmiałam się i nie docierało do mnie w ogóle, że to już.
Na porodówce podpięli mnie pod KTG i kazali leżeć bo było dużo prodów i nikt nie miał czasu się mną zająć. Te 15 min leżenia były najgorsze, bolało już bardzo, mojego męża nie było za mną, bo zabrakło sal do porodów rodzinnych, a ciotka się spóźniała. O dziwo jakoś radziłam sobie z bólem, milion razy lepiej niż kiedy rodziłam pierwszy raz. Nawet na tym cholernym oddychaniu się skupiałam. W końcu pojawiła się moja ciotka i pozwoliła wstać i mówi mi że za chwile będziemy rodzić. Postałam chwilę przy łóżku kręcąc cały czas biodrami, oczywiście już jęczac że nie mogę, mała już strasznie parła, a położna pobiegła po męża. Jak tylko Łukasz przyszedł weszłam na łóżko i trzy parcia i mała Helenka była na świecie. Oczywiście nie uniknęłam nacięcia (chociaż jest mniejsze niż ostotnio i o dziwo nie boli). Mała od razu otworzyła oczka, Lukasz przeciął pępowinę i położyli mi ją na brzuchu. Mnie ogarnęła jakaś wielka euforia, w ogóle nie czułam się zmęczona porodem. Chwilę jeszcze rodziłam łożysko, które rodziło się prawie dłużej od Heleny. Lekarz mnie zszył w zaledwie 5 min chyba a ja dostałam małą, która od razu przyssała się do piersi i to chyba była najcudowniejsza chwila. Malutka ssała z dobre 20 min, a mnie się chciało płakać ze szczęscia.
Z Frankiem nic takiego nie przeżyłam, byłam tylko wymęczona, obała i dostałam go po dobrych 4 godz, a ten łosik mały za nic nie chciał ssać i ciągle płakał. Poza tym po tym porodzie od razu wstałam i prawie normalnie mogłam fukcjonować. Krocze mnie nie boli, właściwie wszystko robię sama w domu, mąż tylko przy Franku pomaga.
 
Golimeczku wielkie gratulacje!!!Super że tak szybko poszło, należało Ci się:-D
Haniu gratuluję, mam nadzieje że ból szybko minie i zapomnisz o tych niedogodnościach. A tak btw to chamstwo że odzwyczaili Ci dziecko od piersi i jeszcze nie pomogli nauczyć go ssać. I dlaczego dziecko nie było z Tobą, są szpitale gdzie nawet jak nie ma miejsc to kładą na korytarzu ale zawsze z dzieckiem. Współczuję, to jakaś znieczulica:-(
 
reklama

A to Nasza kruszynka która przyszła na świat 17 lutego o 4:20. Poród był bardzo bolący i ciężki. Bóle zaczęły się w poniedziałek rano, a do szpitala trafiłam z poniedziałku na wtorek o 2:10 jak zaczęłam krwawić. Miałam już wtedy 8 cm rozwarcie. Ogólnie poród trwał 2 godziny, ale ból niesamowity!!!:szok: Ale jak położyli mi Wikunię na piersi - odpłynęłam. CUDOWNIE uczucie!!! Teraz okruszek wypełnia cały Nasz dzień. W nocy wstajemy co 3 godzinki, ale zrobię dla niej dosłownie wszystko.
 

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry