Mój opis będzie raczej krótki i mam nadzieję, że trochę ku pokrzepieniu serc dla tych dziewczyn, których pierwsze porody były ciężkie. U mnie faktycznie drugi poród był chyba nagrodą za pierwszy.
W niedzielę wieczorem męczyły mnie lekkie bóle, ale były one takie jakie miałam od prawie 2 tyg. W nocy się parę razy budziłam, a skurcze nie były regularne i zbyt bolesne. Ok. 6 rano kiedy mąż miał iść do pracy stwierdziłam, że coś się rozkręca i poprosiłam go, aby został w domu. On oczywiście zaczął panikować, że musimy jechać do szpitala, ale ja stwierdziłam że to niemożliwe abym rodziła i tak się snułam po domu, poszłam z 3 razy pod przysznic, zjadłam śniadanko, po którym mocno mnie przeczyścił

k. 8 przyjechał mój brat do Franka a ja zadzwoniłam do ciotki położnej i umówiłysmy się w szpitalu. Na IP byłam po 9 i strasznie długo trwały wszystkie formalności, stwierdzili, że mam już 5 cm rozwarcia i kazali iść na porodówkę. Skurcze były już mocniejsze, ale ja cały czas gadałam i śmiałam się i nie docierało do mnie w ogóle, że to już.
Na porodówce podpięli mnie pod KTG i kazali leżeć bo było dużo prodów i nikt nie miał czasu się mną zająć. Te 15 min leżenia były najgorsze, bolało już bardzo, mojego męża nie było za mną, bo zabrakło sal do porodów rodzinnych, a ciotka się spóźniała. O dziwo jakoś radziłam sobie z bólem, milion razy lepiej niż kiedy rodziłam pierwszy raz. Nawet na tym cholernym oddychaniu się skupiałam. W końcu pojawiła się moja ciotka i pozwoliła wstać i mówi mi że za chwile będziemy rodzić. Postałam chwilę przy łóżku kręcąc cały czas biodrami, oczywiście już jęczac że nie mogę, mała już strasznie parła, a położna pobiegła po męża. Jak tylko Łukasz przyszedł weszłam na łóżko i trzy parcia i mała Helenka była na świecie. Oczywiście nie uniknęłam nacięcia (chociaż jest mniejsze niż ostotnio i o dziwo nie boli). Mała od razu otworzyła oczka, Lukasz przeciął pępowinę i położyli mi ją na brzuchu. Mnie ogarnęła jakaś wielka euforia, w ogóle nie czułam się zmęczona porodem. Chwilę jeszcze rodziłam łożysko, które rodziło się prawie dłużej od Heleny. Lekarz mnie zszył w zaledwie 5 min chyba a ja dostałam małą, która od razu przyssała się do piersi i to chyba była najcudowniejsza chwila. Malutka ssała z dobre 20 min, a mnie się chciało płakać ze szczęscia.
Z Frankiem nic takiego nie przeżyłam, byłam tylko wymęczona, obała i dostałam go po dobrych 4 godz, a ten łosik mały za nic nie chciał ssać i ciągle płakał. Poza tym po tym porodzie od razu wstałam i prawie normalnie mogłam fukcjonować. Krocze mnie nie boli, właściwie wszystko robię sama w domu, mąż tylko przy Franku pomaga.