kasis tulam i naprawdę rozumiem co czujesz :***** jestem przy Tobie :*****
mój mały krasnoludek postanowił mnie dziś nieco pomęczyć, chyba za to że wczoraj tak ładnie zasnęła dziś musiała sobie odbić ;-) ale opanowałam już do perfekcji wkładanie wyplutego smoka ;-) pewnie za dużo wrazeń miała bo dziś urządziłyśmy sobie maraton kotłowania sie na kocu

no i mała zaczyna powoli kumać o co chodzi z raczkowaniem - nogi już jej idą tylko łapki nie chcą współpracować więc pada na maske

dziś pół dnia spędziłam na czworakach tłumacząc swoim przykładem jak należy czworakować

Isi wybitnie sie podobało
ja chcę zobaczyc nagranie z tej sesji instrumentażu
no i co? tyle śmiechowego, bo poza tym to:
cass, o kurczę, biedactwo... miałam kiedyś piasek w nerkach i do dzis pamiętam ten ból... więc baaaaaaardzzzzzzzzoooooo mocnooooo tulam!!!!!!!!!!poza tym, co do żłobka - tak jak dziewuszki piszą: każdy maluszek musi sie przyzwyczaić... serce pęka ale cóż... takie życie... tych smutaśnych chwil nasze pociechy nie zapamiętają, a my jesteśmy duże i też damy radę!!!!!!!!
mała mi, ja jeszcze nie pisałam, więc napiszę teraz: to okropne co spotkało twoją znajomą... jedna z nas (choć już dawnooooooo się tu nie pojawiała - Beatka :*******) ma taki opis na gg "śpieszmy się kochać ludzi..." - jak to uderza, kiedy staje sie w obliczu takiej straty... aż ciarki przechodzą, kiedy pomyśli sie ile każda z nas ma wokół osób które czekają na jej miłość, uczucie, uwagę - ile osób codziennie liczy na nas... ile jest takich osób które nagle mogą nas opuścić...
i tu do kasis:
kochana, współczucie to za mało... tulasy też... ja wiem co czujesz - widziałam zmagania z ta chorobą dwóch baaaaaardzo bliskich memu sercu osób... do końca życia nie zapomnę jak bardzo obie te kobiety starały się "zachować twarz" dla najblizszych, ile ciepła
dawały ZAMIAST BRAĆ, a przecież to one potrzebowały wsparcia, utulenia, pocieszenia a nie ja, nie wnuczkowie, nie mężowie - nikt nie powinien był być wtedy ważniejszy od nich! nie wiem ile sił potrzeba aby wspierać chorą osobę, bo te o których piszę stały jakby "po drugiej stronie" i to one wspierały... i do dziś nie potrafię sobie wybaczyc że nie byłam dla nich większą podporą (mimo nastoletniego wieku!), że nie kochałam ich "do wyczerpania zapasów tej miłości"... bo te zapasy miały starczyc na przecież tyle jeszcze lat, a tu nagle... tyle zapasów zostało a one juz miały tej miłości nie poczuć... więc mimo że to przeogromnie musi boleć, życzę ci byś potrafiła jednocześnie wykorzystywać zapasy miłosci na bieżąco, i z każdym kolejnym dniem podarowanym od losu gromadzić w sobie jeszcze więcej tej miłości i siły do wspierania twojej mamy!!!
aj, pokręciłam wszystko... ale teraz to ja mam mętlik w głowie... nienawidzę... nie potrafię pogodzić się z tym że ta choroba zabiera tak pełne życia, miłości, tak wartościowe osoby... dlatego śpieszmy się kochać ludzi i módlmy się o to byśmy jak najdłużej mogli się śpieszyć...
i jakoś nie wiem co i jak mam dalej pisać...
w skrócie napiszę, że spotkałam sie z naszą
Emisią
jeszcze raz dziękuję, kochana, za to spotkanie!!! i mam nadzieję że masz jeszcze ochotę na następne... no i widzicie... jestem tak pewna siebie że aż... niecierpię tego że zachowuję się w towarzystwie innych ludzi jak wspomniany już Tarzan w Nowym Jorku! nie mogłam się "wysłowić", traciłam wątek...ech, szkoda słów... za to do Waszej, dziewuszki, wiadomości: jeśli nasze swatanie kiedyś przyniesie owoce w postaci ohajtnięcia się Miśki i Franka to moja córa będzie miała zaje.bistą teściową

i aż wstyd pisać... do teraz kolana mi się uginają... ale prawie na zawał zeszłam jak podczas naszego spotkania z Emisią, miśka tak mi się "gibnęła" na rękach że wygięła się w tył a ja ją tylko pod kolankami trzymałam!!! ja nie wiem jakim cudem zachowałam zimną krew i tam nie zemdlałam... i do teraz nie mogę uwierzyć że taka głupia się okazałam, mało przewidywalna, po prostu tępak!!! jak mogłam tak ją puścić?!?!?!?! przecież gdyby coś jej się stało to maż nie zdążyłby mnie zabić bo sama bym z mostu skoczyła i dziękowała jeszcze Bogu ze pływać nie umiem!!! a dotarło to wszystko do mnie dopiero w domu, jak usiadłam i powiedziałam M... zaczęło mną tak telepać... no po prostu początek tygodnia że hej... ciekawe czy do niedzieli się uspokoję...
matoł jestem
no normalnie matoł
sama siebie nie mogę dzisiaj znieść, no....
ehhhhhhh....
dobra, głęboki oddech, bo miałam jeszcze napisać odnosnie naszej Dziuleczki... i nie wiem czy coś z tego wyjdzie bo nie mogę się skupić jak mam przed oczami lecącą głową w dół Misialinkę... no cóż... mi też zdarzyło się podnieść na nią głos, do dziś mam wyrzuty sumienia...ale to było jak jeszcze walki z jej usypianiem trwały do 1 w nocy nawet, a mąż był na nockach - dwa razy nie wytrzymałam, nawet wychodzenie z pokoju nie pomagało już i chyba za "zdecydowanym" tonem kazałam jej "w końcu zasnąć"... ale na codzień staram sie panować nad sobą. wyjść. pooddychać. wrócić z nową porcją cierpliwości.
co do testowania przez dzieci... sama nie wiem... czasem mam wrażenie, że Miśka dobrze wie, ze takim a takim zachowaniem osiągnie to i to, a takim zachowaniem tamto.... ale to raczej pod terroryzm podchodzi... hmmmmmm..... ja staram się cierpliwie reagować na jej marudzenie, choć czasem mam ochotę wyjść z siebie i stanąć obok... ale czy ona mnie testuje? albo czy inaczej bym reagowała gdybym sądziła że ona mnie testuje? myślę, że jesteśmy dla naszych dzieciaczków wzorem, a skoro mają one być naszym odzwierciedleniem (wiadomo że nie w 100% ale nigdy nie wiadomo jakie nasze wady/zalety wejdą w te procenty zachowań które dziecko sobie od nas zapożyczy...) to ja chcę żeby chociaż trochę opanowania po mnie miała, zapamiętała, że mama nie krzyczała, że tłumaczyła cierpliwie... że przytulała i powtarzała "i tak cie kocham zołzo moja"
chyba starczy bo i tak epistoła wyszła...