Ech dziewczyny, według mnie karmienie piersią to nie jest takie białe albo czarne...
Ja miałam straszne problemy, to, że karmiłam córkę było cudem i sama sobie dziwię, że miałam tyle sił i zaparcia (chyba tylko instynkt mnie jeszcze pchał). Miałam ogromniaste, wielgachne cyce (dosłownie) do tego bardzo niewielkie sutki (nie tak jak niektóre kobiety, wielkie guziki ;-)) i córcia nijak nie mogła takich sutków uchwycić (a maleńka buzia musi trzymać sutek niemal z całą otoczką jeśli nie jest ogromna). A jak tu chwycić sutka którego nie ma i otoczkę z piersi twardej jak balon... Po kilku podejściach krzywiła buzię, podkówka i płacz, ja mokra, ręce się trzęsą, tyłek boli, do tego mała z zapaleniem płuc, niechętnie ssała, koszmar.
Jedna jedyna położna wymyśliła, że są osłonki na sutki gumowe. Ale co z tego, jakie maleństwo będzie ssać paskudną wielką gumę. Razem z pielęgniarką wciskałyśmy dziecku do buzi gumowego sutka, ona strzykawką nalewała nieco mleka z boku do buzi, żeby mała zassała i tak przez wiele dni kilkadziesiąt razy na dobę... Ból ogromny, jakby ktoś kroił mnie żyletkami, przez wiele tygodni, czasem też krwawienie bo osłonki niestety nie chroniły wystarczająco. A potem doszła niechęć dziecka do naturalnej piersi, wypluwała i koniec.
Któregoś dnia zapomniałam nieodłącznych osłonek (jakoś 3 miesiąc po porodzie) i sytuacja zmusiła nas obie do karmienia bez tego cudu techniki. Byłam przerażona, daleko od domu, nic do jedzenia, tylko te nieszczęsne cycki bez osłonek. Na szczęście mała chyba z głodu w końcu się poddała i chwyciła a potem już poszło. Rany, jaka byłam szczęśliwa.
Do dziś nie wiem skąd miałam tyle sił na to wszystko. Nie oceniam kobiet, które nie karmią, poddają się, płaczą, mają dosyć. Nie rozumiem tylko argumentu: szkoda mi pięknych piersi i inne tego typu egoistyczne pobudki.
W międzyczasie okazało się, że Zuzia miała silną nietolerancję na białko mleka krowiego (i wiele innych produktów), z tego względu musiałam karmić ją tak długo jak się da, karmiłam ... 2 lata :-)

Oczywiście cały ten czas byłam na ścisłej diecie. Do 6 miesiąca życia nie tolerowała kompletnie niczego co nie było moim mlekiem, po startym jabłuszku czy bułce dostawała strasznych odparzeń - natychmiast. Musiałam karmić ją obiadkami i owocami ze słoiczków, tylko tak udało mi się podać dziecku cokolwiek zbilansowanego, co nie skończyło się chorobą. Preparaty mlekopodobne z apteki są niewyobrażalnie obrzydliwe, próbowałam ;-)
Moje plany i chęci musiałam dopasować do sytuacji. Ale udało się. Nie żałuję, uczucie gdy karmi się własną piersią dzieciątko, te momenty, gdy mruczy zadowolone, usypia przy piersi, bliskość, zapach, gdy maleńka rączka wędruje po piersi, nic tego nie zastąpi. A przede wszystkim ogromna wygoda. Nie trzeba myć, wyparzać, gotować, kupować, po kilku tygodniach karmienia zwykle piersi dopasowują się do dziecka i kończą się bóle, nabrzmienie, zapalenia, jest po prostu super.
Mleko to nie tylko mleko, jedzenie, to przeciwciała, najbardziej z możliwych zbilansowana dieta (i picie i jedzenie), to odruch ssania, który prawidłowo kształtuje buzię, nawet najlepsza butelka nie wymusza na dziecku takiego wysiłku jak pierś. To w końcu lepsze obkurczanie się macicy i stopniowy powrót hormonalny, utrata wody i tkanki tłuszczowej nagromadzonej w czasie ciąży. Podobnie jak wpływ na organizm matki ma poród naturalny, tak samo wpływa karmienie piersią.
Nie chcę nikogo namawiać, opisuję tyko jak wyglądało karmienie u mnie (gdyby ktoś myślał, że to bułka z masłem, też tak myślałam), jakie mam wspomnienia. Teraz też będę próbować, mam nadzieję, że tym razem bogatsza o trudne doświadczenia lepiej sobie poradzę. :-)
Ach jeszcze jedno :-) pediatra na każdej kontroli pytał dlaczego dokarmiam dziecko mlekiem z kaszką, taka była tłusta :-)

Nie mogli uwierzyć, że to tylko cycowe.
Osobiście nigdy nie odczułam nacisku na karmienie piersią, chciałam sama, gdyby nie wewnętrzna, biologiczna potrzeba i przekonanie, nie walczyłabym tak długo z bólem i problemami. Ani w szpitalu ani rodzina nigdy nie wpłynęli na moją decyzję.