[FONT="]Po porodzie długo nie mogłam się ogarnąć, ale chyba nadszedł czas, żeby to z siebie wyrzucić wreszcie. Termin na 16 maja. 13 maja o godzinie 2 w nocy- wody mi odeszły podczas snu. Mała się strasznie wierciła. I chociaż nie byłam w tej ciąży od wczoraj, to wbiłam sobie do głowy, że to będzie jak w filmie- wody odeszły, to jedziemy na sygnale do szpitala i za chwilę różowy bobas będzie już na świecie. Nic z tych rzeczy. W szpitalu w rejestracji Pani spokojnym tonem wypełnia formularze. Stoję, wody ciekną mi po nogach, podpaska przeciekła, mam całe mokre spodnie i ręcznik między nogami. Pani w rejestracji wydaje się w ogóle tego nie widzieć. Krzysiek trochę ją pospiesza, ale bez rezultatów. Potem prosi mnie o skierowanie! Jestem w 40 tygodniu ciąży i z odchodzącymi wodami, a ona mówi o skierowaniu! Jestem w szoku! Miałam akurat z 37 tygodnia na w razie coś, więc podałam jej to skierowanie, a tu jeszcze trzeba podpisać jakieś papiery itp. Potem przyjeżdża po mnie wózek, a Krzyśkowi każą wejść z innej strony szpitala. Jestem cała podniecona, że to wreszcie już, a tymczasem na górze po badaniu lekarz stwierdza, że tylko wody odchodzą, a ponieważ nie są zielone, to nic nie robią jeszcze. Ktg- Rozwarcia i skurczy brak. Jestem zdenerwowana. Wyobrażam sobie, że jak mi odejdą wszystkie wody, to moja Beatka tam się udusi jak rybka w akwarium bez wody. Pytam lekarza, ile to będzie trwało, a on mi na to, że mają 24 godziny!!! Wysyła Krzyśka do domu, żeby się przespał i mnie na oddział do łóżka. Nie mogę w to uwierzyć, ale myślę, że widocznie tak musi być. Nie zmrużam już oka, bo taką mam adrenalinę, że już bym chciała, żeby się zaczęło. Nic mnie nie boli, ale wody się ciągle sączą. Rano przychodzi nowa zmiana położnych i lekarzy. Kolejne badanie- nic się nie dzieje poza tymi wodami. Koło 11 przyjeżdża Krzysiek. Ja robię się głodna, ale nic nie wolno mi jeść. Podłączają mi oksytocynę i tak chodzę z tą kroplówką i próbujemy zrobić rozwarcie. Krzysiek jest cały czas ze mną. Skaczemy na piłce, chodzę, oddycham, bo pojawiają się pierwsze bolesne skurcze. Wiem jednak, że to jeszcze nie to. Za mały ból. Wyobrażałam sobie, że to musi być ból niemalże nie do zniesienia, a ja jestem w stanie wytrzymać spokojnie, więc to nie może być jeszcze TO. Piję wodę mineralną i walczę z tym wszystkim, żeby się szybciej zaczęło. Co jakiś czas sprawdzają rozwarcie i tętno dziecka. Wszystko jest w porządku. Książkowo. Potem już coraz częściej, ale trwa to godzinami, że tracę rachubę czasu. Po 18 przychodzi kolejna zmiana lekarzy i położnych. Mam już bóle. Dopiero ta położna tak naprawdę się za mnie wzięła. Pomaga mi złapać rytm oddychania, wszystko posuwa się do przodu, rozwarcie na 7cm, Krzysiek jest cały czas ze mną. A później trwa to wszystko wieczność- tracę świadomość co jakiś czas i nie pamiętam w tym momencie naprawdę jaki to był ból. Rzeczywiście ten ból się zapomina po czasie. Około 20 godziny mam już pełne rozwarcie i zaczynamy parcie. Staram się ze wszystkich sił, chociaż jestem wykończona. Nic nie idzie do przodu, przynajmniej takie miałam wrażenie. Nie mogę urodzić. Wszyscy mnie dopingują, ja prę i nic. Maleńka się zaklinowała barkiem… mam świadomość, że może się teraz udusić, tak bardzo się staram, ale moja macica przestaje współpracować. Wody odeszły chyba ostatecznie i brak jest poślizgu. Moje maleństwo się dusi… Krzysiek cały czas jest ze mną, przerzuca mnie jak worek ziemniaków, robi wszystko, co mu każą położne i trzyma mnie w ramionach jak próbujemy wertykalnie urodzić, wszystko na nic. Potem lekarz naciska mi na brzuch i wyciska moje maleństwo. Czuję, że trwa to wieczność. Nacięcie krocza i dopiero po 21 maleńka jest na świecie. I następuje taka chwila w której myślę, że już umieram- nie słyszę płaczu mojego dziecka. Krzysiek trzyma mnie w ramionach, żebym nie widziała, a ja mam świadomość, że coś poszło nie tak, skoro on mnie chroni, żebym tego nie widziała. Za moimi plecami w tym samym czasie trwa reanimacja mojego maleństwa, a ja czuję że umieram z rozpaczy, płaczę i pytam Krzyśka, co z małą, a on mnie tuli do siebie i uspakaja. To najgorsza chwila w moim życiu, kiedy rozpada mi się świat na kawałki, kiedy czuję, że ją tracę… Udało się ja przywrócić… dostała 1 punkt Apgar w pierwszej minucie!!!, ale szybko wracała do siebie i z każdą minutą było coraz lepiej… Podłożyli mi tylko jej mokrą, włochatą główkę do pocałowania i zabrali, żeby ją przywrócić do żywych… A miała to być niezapomniana chwila ten poród. Rozsypywał mi się świat na kawałki. Gdyby nie mój ukochany mąż- nie dałabym w życiu rady. Takie wsparcie, jakie od niego otrzymałam fizyczne i psychiczne jest nieocenione. Będę wdzięczna mu za to do końca życia, że nie zostawił mnie z tym samej. Kocham go za to najbardziej na świecie…
Dodam tylko, że mała urodziła się w 40 tygodniu, waga 3850, dł. 55cm. Przez poród miała niedotlenienie, zapalenie płuc, osłabienie mięśniowe... Ja jestem pedagogiem specjalnym. Na co dzień pracuję z dziećmi upośledzonymi umysłowo. Mój własny poród był taki, że doskonale zdawałam sobie sprawę z możliwości konsekwencji 1 punktu Apgar... Nie spodziewałam się, że po tym wszystkim będę chciała jeszcze kiedykolwiek rodzić drugie dziecko. Jednak los lubi płatać nam figle i druga to wpadka, która zaskoczyła nas strasznie;-)... W tej ciąży jestem mega przewrażliwiona, ale mam nadzieję, że to się nie powtórzy, że jestem już mądrzejsza o te doświadczenia... Moja córka pomimo tak złego startu jest zupełnie zdrowym dzieckiem, ma alegrię pokarmową, ale to nie ma raczej nic wspólnego z porodem;-). Jak pojawiamy się na jakichkolwiek badaniach i ktoś zagląda nam w książeczkę zdrowia, to nie może uwierzyć, że to dziecko miało 1 pkt. Teraz już mogę o tym mówić, ale pierwszy rok jej życia miałam totalną schizę i ciągle patrzyłam, czy wszystko z nią ok, czy mieści się w tabelkach itd... Była silną dziewczynką i dlatego udało nam się z tego wyjść cało...
[/FONT]