cd.
[FONT="]Poród to naturalna sprawa i samego w sobie nie przeżywam jakoś traumatycznie z wyjątkiem wszystkich komplikacji, które wyniknęły potem… Kiedy myślałam, że cały ten nasz rodzicielski trud rozpadnie się w jednej chwili. Tak strasznie się bałam, że stracimy naszego Skarba, że coś jej się stanie… [/FONT]
[FONT="]Pierwszy tydzień życia Beatki to dla mnie był dramatyczny czas, kiedy modliłam się, żeby tylko było dobrze. Ciągłe pytania „dlaczego nie cesarka?”, zapłakane twarze najbliższych i moja maleńka kruszynka najpierw w tym inkubatorze, a potem pod lampami- nóż w serce. Mój ból się dla mnie nie liczył, ciągle myślałam o tym, co dalej będzie, jak sobie z tym poradzić. A potem to już tylko walka. Najpierw ze sobą, żeby wziąć się w garść i przestać ciągle płakać, a potem walka o pokarm dla małej i znowu walka ze sobą, żeby wziąć się w garść. A malutka dochodziła do siebie. Potem użeranie się z tymi kobietami od noworodków, które myślały, że pozjadały wszystkie rozumy. Dwie minuty dla mnie na karmienie i mi ją zabierały, same wpychały jej butlę. Jakbym ja nie mogła chociażby butlą- nakarmić własnego dziecka. Mówiłam, że ja chcę ją nakarmić, to w odpowiedzi słyszałam: Jeszcze zdążysz się nakarmić. Tak samo było ze zmianą pieluchy- jak chciałam się uczyć przy nich, żeby mi pokazały, to mi nie dawały ani razu, bo one to szybciej przecież zrobią i lepiej. A przecież to ja dostanę małą do domu i to ja będę musiała potem to wszystko wiedzieć. Dlatego ten tydzień był dla mnie strasznie ciężki, bo czułam się zupełnie niepotrzebna. Urodziła się w niedzielę. W piątek dostaliśmy ją na chwilę na salę, pierwszy raz. Tak strasznie płakała, bo sobie nie radziła jeszcze dobrze z piersią, że aż się zaniosła od płaczu. Myślałam, że dostanę zawału serca. W sobotę druga próba i żadnej pomocy, jak mam ją karmić, jak przebrać- dramat. Cała drżałam ze strachu. A jak przyszła położna to mi ją zabrała, żeby dać jej butlę i sama ją przebrała, jakbym nie miała rąk. A nie było innych noworodków wtedy na całym oddziale, a te lafiryndy dwie- któraś mogła poświęcić mi 5 minut o które prosiłam i pokazać jak przystawiać, jak przebrać, ale żadnej się nie chciało. Usłyszałam tylko, że jak już sobie nie będę radzić to one nakarmią ją butlą… Przez to wszystko jak dostałam maleńką do domu w niedzielę byłam totalnie przerażona. Nie wiedziałam, jak to wszystko ogarnąć. Nie miałam nigdy nawet możliwości poobcowania z takim małym dzieckiem, a co dopiero zajęcia się nim w pełni. Bałam się strasznie tego, co mnie czeka i czułam się totalnie beznadziejnie nieprzygotowana. Jeszcze w niedzielę próbowałam karmić piersią, a mała płakała, jakby ją ktoś ze skóry obdzierał. Jedni oczekiwali ode mnie, że będę twarda, drudzy mówili, że męczę dziecko, bolały mnie niemiłosiernie sutki i rana krocza, a dziecko się darło. Serce wyskakiwało mi z orbity i miałam ochotę tylko wpaść w rozpacz.[/FONT]
Przez ten rok życia mojej córki napisałam niemalże książkę o małej, o wszystkim. do szuflady oczywiście;-)To było moje Katharsis- oczyszczenie duszy.