Tu troche poczytałam i widzę, że większośc porodów poszła jak z płatka
To teraz my :
Poród miałam wywoływany, bo tydzień po terminie i akcji brak; pojechałam w środę 2 kwietnia z torba, nastawiona na rodzenie. Troche przygasiło mnie wzorcowe ktg (miałam nadzieję że pojawi się chciaż jeden, malutki skurczyk, a tu nic!), poszłam na usg i wszystko ok, łożysko wydolne, można jeszcze czekać. Ale ponieważ na dużurze była moja położna Kazia, z która umawiałam sie wcześniej, i bardzo miła lekarka - co najważniejsze - pozytywnie nastawiona do mojego porodu sn - zdecydowaliśmy się z mężem próbować.
O 11:20 podpięli mi oksytocynę, zaczęłam łazić po boksie tam i z powrotem ze stojakiem od kroplówki w łapie, mąż się smiał że tańczę na rurce. A on przygotowywał zajęcia z programowania. I tak chodziłam, chodziłam, chodziłam przez dwie godziny. Jak po dwóch godzinach oznajmiłam położnej że mam 30-sekundowe skurcze co 1,5 min, to podskoczyła, zbadała i oznajmiła radośnie że "widzi tu poród" (ja go widziałam, a właściwie czułam juz nieco wcześniej

).
Potem jeszcze troche pochodziłam po boksie, licząc na to że ci z porodówki rodzinnej szybko sie uwiną i zwolnią salę - bo byłam w boksie na ogólnej - najbardziej mi sie marzyła wanna pełna cieplutkiej wody... W końcu przyszła moja pani Kazia i zaproponowała prysznic, posiedziałam pod nim z pół godziny, dysząc jak rottweiler. Po prysznicu badanie, i panika bo nagle okazało się że zupełnie nieoczekiwanie mam prawie pełne rozwarcie i pęcherz płodowy w pochwie, trzeba go przebic. A potem to sie dopiero zaczęło, jakos na szczęście mało pamiętam z tego okresu

Tyle że byłam świadoma co i jak, wiedziałam że teraz ma zejść główka i że koniec blisko. Zaczął sie ruch, naschodziło sie ludzi, mąż masował krzyże, Kazia co chwilę sprawdzała tętno młodego (wzorcowe!), ja ledwo zipałam. A potem zaczęły się trwające wieczność bóle parte (mąż twierdzi że 10 min), no i w końcu, po szalonej pracy przeponą (nie ma to jak zaprawa w chórze!) położyli mi na brzuchu ciepłą mokrą kluchę, która okazała się Wielkim Synem

Co sie wtedy czuje to Wam chyba nie muszę pisać
Szczęśliwy tata odciął pępowinę i poleciał myc i ważyć młodego, mnie radośnie zaczęły cerować, i jak nie pisnęłam przez cały poród tak zaczęłam skakać na fotelu przy szyciu. Ale pani doktor rodziła dwa razy i to niedawno więc okazała pełną wyrozumiałość.
Jak przywieźli młodego z radosna wiadomościa że ma 4250g i 63cm, to wszyscy, łącznie ze mną, oniemieli
No i zaczęła sie sielanka, tatus okupował łóżeczko z synem, ja z lodem na brzuchu zaśmiewałam się z nich, dałam młodemu cyca, potem przynieśli mi kolację, zjadłam kromke chleba, popiłam herbata i zrobio mi sie słabo, koniec sielanki.
Znowu zbiegło się mnóstwo ludzi, okazało się że mam krwotok, nie wiadomo czy został kawałek łożyska czy pękła blizna po cc
męża i Jacka usunęli, mnie biegiem na zabiegówkę, blady strach bo trzeba intubować a ja zjadłam kolację. Wszyscy kiwali głowami i mówili: no tak, mamy służbę zdrowia, służba zdrowia zawsze coś musi wymyślić.
A potem obudziłam się już na porodówkowym sin-ie, okazało się że macica cała ale musieli łyżeczkować bo oderwał się jakis wredny kawałek łożyska. Dali mi 4 jednostki krwi (w sumie starczyłyby dwie, ale za dużo zamówili i szkoda było wyrzucić

), nockę spędziłam pod kroplówkami, monitorami i czujnym okiem położnych. A rankiem przewieźli mnie na salę gdzie urzędowały juz trzy mamuśki, dali młodego, śniadanie, i zaczęło sie normalne życie
Siedzielismy w tym szpitalu do poniedziałku, bo mały miał paskudna skórę - czerwoną, łuszczącą, z wysypką. Panie połozne noworodkowe zwalały wine na mnie, że młodego przegrzałam, ja zwalałam wine na nie, że to one go przegrzały pierwszej nocy. Fakt był taki, że w malutkiej salce byłyśmy we cztery + dzieci + osoby odwiedzające, w porywach do 12 osób! Ukrop i duchota. Po drodze jeszcze mój synio zaczął uroczo żółknąć i wydawało sie że nigdy z tego szpitala nie wyjdziemy. W końcu jednak wyprosiłam żeby nas wypuścili, i dobrze, bo od kiedy sama wzięłam młodego w obroty to skóra znacznie sie poprawiła a po żółtaczce nie ma juz śladu.
Podsumowując: mając porównanie cesarki, po której bardzo szybko wróciłam do formy, jak na cc, i porodu sn podkręconego oksytocyną, wybieram stanowczo poród siłami natury. Mimo komplikacji. I cieszę się że sie udało
