Witam

Właśnie zarejestrowałam się na forum. Postanowiłam napisać, bo czytając wiele wypowiedzi zauważyłam podobieństwo do mojej sytuacji.
Jestem w 32 tygodniu ciąży, czyli na początku ósmego miesiąca. Ze swoim facetem nie jestem oficjalnie od miesiąca.
Ale od początku... O ciąży dowiedziałam się na początku września, czyli w swoim 5 tygodniu. Mieszkaliśmy razem... był w pracy do późna... wiedział, że podejrzewam ciążę.. kiedy przyszedł do domu na stole zostawiłam dwa testy z... dwiema kreskami... zaczął się ironicznie śmiać. Nie wierzył. Za tydzień poszłam na USG, które mu przywiozłam, poprosiłam też o zaświadczenie lekarskie. I zaczęło się... namawianie na usunięcie ciąży... oczywiście o tym nie było mowy... wyrzucił mnie z domu... przez jakiś czas nie chodziłam do szkoły, nie mogłam znaleźć stancji, znalazłam, wróciłam do tamtego miasta i szkoły... Cały czas o Niego walczyłam...
Miał przyjaciółkę... z którą zawsze konwersował, spotykali się, pomagali sobie... nie potrafił z Niej zrezygnować... jeszcze jak mieszkaliśmy razem... zawsze wyganiał mnie na weekendy do rodziców... jak wracałam... pościel była zmieniona... dom czysty... ale kto by pomyślał...
W październiku ta Jego przyjaciółeczka zadzwoniła do mnie i powiedziała mi, że jest z Nim w ciąży... ciąża o miesiąc starsza od mojej... Załamałam się. Byłam gotowa to zakończyć... wtedy On walczył o mnie... minęło trochę czasu, ale chciałam Mu wybaczyć... tym bardziej, że ta dziewczyna... nie była zbytnio szanującą się więc... pewności nie miałam, że dziecko jest Jego... Niby kontakt zerwali...
Ale My mimo wszystko nie mogliśmy się dogadać... ciągłe kłótnie... wypominanie przeszłości, szarpaniny... trzęsłam się ze strachu jak wychodził do pracy... jak jeździł do zgłoszeń...
Później... cudowny, spędzony razem Sylwester... za kilka dni kolejna kłótnia... cała posiniaczona wylądowałam w szpitalu... odwiózł mnie... i więcej się tam nie pojawił... ciągle tylko pisał, że to koniec, że nigdy więcej Mu tego nie zrobię... że przyniosłam mu wstyd (krzyczałam, bo... "latałam po ścianach"...)- sąsiedzi na pewno słyszeli... a On- przecież szanowany weterynarz... kto by pomyślał...
Kiedy wyszłam ze szpitala były ferie zimowe.. ciągłe wypominanie przez smsy... jak przestałam się odzywać to po tygodniu dostałam sms'a, że pewnie już się puszczam i nie mam czasu... Przyjechał tu, do moich rodziców. Rozmawialiśmy... pogodziliśmy się... później już ja nie jeździłam do Niego... On przyjeżdżał do mnie na stancję...
Jednak któregoś dnia pojechałam....wszystko było super... kolacyjki... starał się...
W pewną sobotę pojechał do pracy, na kilka godzin do innej lecznicy... wieczorem miał po mnie przyjechać... napisał mi, że zabiera ze sobą swoją kolejną przyjaciółkę i razem po mnie przyjadą... nie zgodziłam się... mimo to przyjechał... namówił mnie, żebym pojechała z Nimi... pojechałam, przez całą drogę nie odezwałam się słowem... czułam się jak idiotka...
Wiedział, że jestem zła... wieczorem znów dostawał smsy... następnego dnia strasznie się pokłóciliśmy... odwiózł mnie na stancję... po drodzę wyrywałam Mu telefon.. w takiej frustracji... w wielkiej złości... zostawił mnie tam i miał przyjechać.. nie przyjechał, więc ja pojechałam... Nie chciał wpuścić mnie do domu... pijany jak świnia... wpuścił... wyzywał... kopał... byłam w zagrożonej ciąży... rzucił mnie na podłogę... dostałam skurczy.. a On wtedy rozchylił mi nogi i patrząc tam z uśmiechem na twarzy powiedział... "co? znów kur... rodzisz? już ci dziecko wyłazi?"
rozszarpał mi kurtkę i wyrzucił z domu... to była niedziela.. w poniedziałek miałam wizytę u lekarza... nie odwiózł mnie tak jak obiecał... okazało się, że mam bardzo krótką szyjkę i że w każdej chwili mogę urodzić...na drugi dzień transport do szpitala gdzie pracuje mój lekarz (50km od miejsca mojej stancji, a 100km od miejsca zamieszkania rodziców) musiałam załatwić sobie sama... pojechałam. Nie przyjechał ani razu... wyzywał... przeklinał... nazywał od kur.., szm...t itp.. Nagle dzieci z pierwszego małżeństwa (dwójka) stały sie bardzo ważne, nagle zaczął dbać o zdrowie swojej matki- po prostu wszystko było ważniejsze niż Ja...
Napisałam Mu więc, że przeprowadzam się do rodziców... że tam dziecko będzie bezpieczne... wściekł się, bo myślał, że mimo wszystko będziemy razem...
teraz dowiaduję się jak strasznie mnie nienawidzi, że zrobiłam sobie świadomie dziecko... że "zobaczymy się w sądzie"... że przywłaszczyłam sobie dziecko i że życzy mi żeby ktoś kiedyś zabrał mi mojego syna, żebym poczuła się tak jak On teraz... że nie chce mnie znać... że jestem dziw...ą.... żeby mnie piekło pochłonęło i oczywiście, że OKAŻE SIĘ KTO JEST OJCEM DZIECKA... mierzy mnie miarą swojej przyjaciółki... a ja w odróżnieniu do Niego.. przez cały Nasz związek nie byłam z Nikim innym... zrezygnowałam dla Niego z każdego swojego znajomego.. bo każdy był moim potencjalnym... kochankiem...Tyle że ja mam czyste sumienie i wątpliwości co do jego ojcostwa nie mam... facet starszy ode mnie o... 18 lat...
Okazało się oczywiście, że Jego pierwsza przyjaciółka jest z Nim w ciąży... i ... po prostu zdecydował się na związek z Nią... nigdy się nie przyznał.. ale mieścinka, w której mieszkają jest mała...
Teraz ja jestem najgorsza i winna rozstaniu... Jak zawsze zresztą... będzie miał czwórkę dzieci...
Nie uznam ojca... nie chcę od Niego niczego oprócz świętego spokoju... dziecko będzie miało moje nazwisko... Niech żyją... oszukali mnie i tyle... Dziecko będzie miało moje nazwisko... kocham swojego Synka i dla Niego żyję i przetrwam to wszystko... a.. kiedyś znajdzie się szanujący, kochający, dojrzały mąż i ojciec dla moojego dziecka... Ehhh...