Witajcie dziewczyny,
jestem nowa na tym forum i podonie jak Wy zostałam sama.
Pomyślałam, że jak Wam sie tu "wypłacze" to może będzie mi lżeż bo znajdę jakieś zrozumienie.
Opisze Wam moją historię.
W tej chwili jestem w 30 tygodniu ciazy zagrożonej przedwczesnym porodem. No i jak większość z Was zostałam sama z moją małą Alicją w brzuszku. Jej tata początkowo bardzo się cieszył, nawet zaplanował remont żeby przygotować jej pokoik. Był ze mną u lekarza bo chciał zobaczyć jak wygląda nasza Alka. Ale radość trwała do czasu kiedy zaczęły się problemy. Wylądowałam w szpitalu, w kiepskim stanie. Życie mojej maleńkiej było zagrożone. Dodam, że rok temu poroniłam więc ta ciąża była dla mnie cudem. Niestety kiedy znalazłam się w szpitalu i próbowałam skontaktować się z partnerem, był na tyle zajęty pracą że od 8 rano dopiero po 14 odpisał mi na smsa "jak to jesteś w szpitalu?'. Owszem przyjechał na chwile po pracy. Kolejnego dnia mimo że miał wolne zjawił się dopiero wieczorem. I tak było przez cały mój kilkunastodniowy pobyt w szpitalu. Zaczęliśmy się od siebie oddalać, a on przestał się zupełnie interesować mną i Alką. jechał do pracy i przez całe dnie się nie odzywał, wracał był już tak zmęczony że nawet nie chciało mu się ze mną rozmawiać, a jeśli nie był zmęczony to znajdował sobie zajęcia byle tylko nie przebywać ze mną. Któregoś dnia nie wytrzymałam, no i zapytałam co się z nim dzieję. Odpowiedział że nic, że mi się wydaje, że się czepiam że już nie ma siły na te ciągle pytania itd. Zaczęłam podejrzewać że kogoś. Kiedy znalazłam u niego drugi telefon, uznałam że moje przeczucia się sprawdziły. Zapytałam, czemu mi to zrobił, czemu zrobił to nam. Wypierał się, zarzekał itd. Jednak mimo wytłumaczeń moją intuicja nie dawała za wygraną. Przestaliśmy w ogóle ze sobą rozmawiać. Miał czas dla wszystkich tylko nie dla mnie. Od lekarza dostałam przykaz leżenia niemalże plackiem i wstawania tylko do łazienki. Uznał że skoro ja muszę leżeć to nie znaczy że on będzie siedział w domu. Zaczęły się ciągłe kłótnie i moja nerwica. Nie dałam rady i w końcu spakowałam się i odeszłam. Zostawiając tylko kartkę z napisem "powodzenia" i zdjęcie USG na pamiątkę. Ponieważ moja ciąża jest zagrożona zatrzymałam się na jakiś czas u mamy. Odeszłam ponad tydzień temu. Do dziś się nie odezwał.
Są chwile kiedy mam ochotę do niego napisać, ale wtedy myślę, że skoro nie chciał mnie i Alki to nie jest tego wart.
Mam nadzieję że sobie poradzę i że moja dzidzia wytrzyma jeszcze te kilka tygodni w moim brzuszku.
Ściskam Was wszystkie