jestem z powrotem w domu
od 4 rano miałam skurcze, tak co 15 minut i dość bolesne, ale bardzo krótkie. o 6 poszłam pod prysznic, nie przeszły do 6:30, więc przed 7 zaczęłam TZ, że chyba musimy jechać wcześniej niż ustalaliśmy. o 8:30 byliśmy w szpitalu na izbie przyjęć.
w międzyczasie napisałam sms-a do położnej, z którą zresztą jestem w kontakcie od kilku dni, że jadę na izbę, wg. ustaleń, ale mam też bóle co 15 minut itd. oddzwonila do mnie jak byłam na izbie, i zapytała dokładnie jak sytuacja, jak się czuję co ile mam skurcze i czy to pierwszy poród bo nie ma przy sobie notesu. powiedziała, żebym się odezwała po wszystkich badaniach, ale wyglądana to, że to jeszcze sporo godzin do porodu. i że wchodzi teraz na basen więc nie będzie odbierała telefonów przez 2 godziny, że oczywiście może nie iść i natychmiast przyjechać, ale powiedziałam że nie ma potrzeby i nie ma sensu narazie, że odezwę się i dam znać co mi powiedzą.
położyli mnie na KTG, na jakieś 40 minut, miałam dalej te bóle, tak samo mocne, ale one się zapisywały jako 30-40, TZ mi mówił co jest na monitorze, bo siedział tam ze mną w tym pomieszczeniu. byłam w szoku, bo miałam juz na ktg skurcze po 80, i w ogóle prawie ich nie czułam. A te już nieźle mnie łupią. No ale nic. potem mnie wzięli do gabinetu i od wejścia zanim jeszcze lekarka zajrzała w moje ktg i dokumenty mówi, że niestety dzisiaj nie mają miejsc, i czy ma mi szukać szpitala gdzieś indziej... Ja w szoku lekkim, ale mówię że nie, nie chce szpitala gdzieś indziej, ona mówi, dobrze, spokojnie, to w takim razie najpierw zobaczymy co się tu dzieje, i pomyślimy za chwilę. powiedziała że na ktg zapis jest jeszcze bardzo wczesny, skurcze są ale bardzo delikatne, do porodu jeszcze daleko, potem na fotel, szyjka na jeden palec (2cm) ( i tak już coś), długo tam międoliła, nawet przepraszała że tyle czasu że wie że to boli, oczywiście to mnie nic nie bolało :-), potem USG, wody ok, łożysko ok, dziecko ok. Powiedziała, że się sytuacja bardzo powolutku rusza, ale że mam jechać do domu bo to narazie nie jest jszcze poród, że mam przyjechać jutro rano po obchodach około 9, oczywiście jeśli będzie się coś działo (krwawienie, wody, bóle co 3-5 minut trwające conajmniej 60 sekund, które nie przejdą po nospie) to mam od razu przyjeżdżać. A jeśli tak będzie jak jest teraz, to jutro rano i wtedy już podgonią indukcją. Nie mogłam zadzwonić do położnej bo była na basenie :-) więc nie mogłam jej powiedzieć że nie chcą mnie przyjąć i żeby interweniowała, bo miejsce na pewno jest, ale luzik. Zrobię to teraz jadąc. Pewnie się tak zabezpieczają z miejscami.
Oczywiście cieszę się z jednej strony, że sobie jestem w domu a nie tam. Wolę jak najbliżej do porodu być w domu. A oni mają pewnie politykę taką, że wiedzą że u mnie to będzie teraz trwało np. jeszcze 20 godzin, i nie mają na tyle czasu miejsca na porodówce. A jak mam leżeć w sali na patologii i mieć te bóle co mam teraz to wolę być w domku. Odszedł mi czop jak przyjechałam do domu, lekko brudny różowy. Mam plamienie (uprzedzała mnie o nim po badaniu szyjki, ale to jest w porządku). Powiem tylko, ze i tak czuję, że będę jechała jeszcze dzisiaj tam. Bo się rozkręca. I bardzo się cieszę, że jestem w domu i że mam bóle, a nie odeszły mi wody, bo pewnie szyjka się pomału otwiera, więc to lepsze niż odwrotnie.
Wzięłam nospę, narazie bez różnicy i idę do łóżka bo jak mnie łapie, to dech zapiera i nie mogę nawet słowa wydusić wtedy. Oczywiście cieszę się na maxa że się zaczyna i że coś się dzieje, i nawet że mnie boli.
Będę nadawać. Miłego dnia.