Ja rodziłam z mężem i dzięki Bogu że on był, bo traktowali mnie tam strasznie. Jak przyjechaliśmy o 12 w nocy do szpitala stwierdzili, że mnie podłączą pod ktg. Mężowi kazali jechać do domu bo do rana nie będę rodzić, a mnie zostawili z 3 studentkami (reszta poszła spać). Ja umierałam, a one za ścianą się chichrały. Jak w końcu przyszedł lekarz okazało się że rodze i jednak mąż ma wracać. Te chwile bez niego to był istny koszmar. Tyle upokorzenia ile mnie spotkało ze strony personelu to szok. Nawet po zwymiotowaniu kazali mi podłogę ścierać. Jak już był to byli milsi, ale dało się odczuć, że cały czas czekali na kopertę od męża (nie doczekali się). Już przy potężnych skurczach do sali wparowało ośmioro studentów, żeby sobie popatrzeć (oczywiście nikt mnie wcześniej o tym nie informował). Sugerowali przez cały poród że jestem mięczak, że nie umiem przeć, a nie że nie mam siły, dopiero jak córce zaczęło spadać tętno zleciało się kilku lekarzy, wyprosili męża i siła, kładąc się na mnie, wycisnęli mi dziecko. Wspominam okropnie i obiecałam sobie, że nigdy już nie pozwolę sobie na takie traktowanie. Trauma straszna niestety.