Weszłam napisać co u mnie, bo być może się zastanawiacie.
Na jutro jestem zapisana na oddział na zabieg, ale w sumie już dziś zaczęłam ronić - i nie mam wątpliwości, bo to nie są takie zwykłe skrzepy (wygląda tak samo jak przy pierwszym poronieniu). Te pierwsze bóle są masakryczne. Chodziłam po pokoju i głęboko oddychałam, aż P. się na mnie dziwnie patrzył.
Mam poronienie w toku już, ale idę do szpitala. Mój narzeczony ma w rodzinie emerytowanego ginekologa, profesora, doktora honoris causa za zasługi w medycynie. Dziś z nim rozmawiałam na temat powikłań po łyżeczkowaniu (boję się, że będę mieć problemy z zajściem w ciążę później) i powiedział, że o wiele większe ryzyko powikłań jest (nawet nabycia wtórnej niepłodności) po odmówieniu łyżeczkowania, gdy jest ku temu wskazanie. P. sam wybrał do niego numer, bo ja wpadłam w histerię i nie mógł mnie uspokoić. Jego wujek dodał mi otuchy i kazał zaufać lekarzom. Może to trochę puste, ale wspomnę tam mimochodem jego nazwisko. Wiecie o co kamman. Nie chcę być zbywana, a to dość częste.
Widziałam, że doszły nowe dwie kreseczki. Cudowne wiadomości. Wspaniale, że tyle dzieciaczków pojawi się na świecie! Jutro się odezwę po zabiegu. Buziaczki, dziewczyny!