ten mój cykl jest taki porąbany przez te nerwy i stres...
co do mojego męża to pojechał do niej na kawę jak wracał z kursu, powiedział mi o tym, bo stwierdził, że nie robi nic złego i nic nie ma do ukrycia przede mną i że kiedyś obiecał, że pojedzie i pojechał, specjalnie z domu by nie jechał a wtedy wracał z kursu.
wypił kawę, pogadali chwilę i wrócił do domu, acha i jeszcze mu dała rogaliki, żeby zabrał dla mnie...
najpierw chciałam zrobić mega awanturę ale to by nic nie pomogło bo już zauważyłam, że czym bardziej ja oskarżam o potencjalną zdradę to on najpierw próbuje mi tłumaczyć ale do mnie to nie dociera i w końcu on zamyka się i odsuwa się ode mnie jeszcze bardziej.
pogadałam z mamą, kazała mi nie panikować, owszem trzymać rękę na pulsie, obserwować jak to się dalej będzie rozwijało ale nie robić co chwile awantur.
bo krzykiem, awanturami, wmawianiem mu, że na pewno robi coś złego sprawę, że nie będzie chciał wracać do domu, bo po co ma wracać do wiecznie obrażonej żony, która mu nie ufa. Bo nawet jeśli on nie ma zamiaru kręcić z tą Martyną to takim zachowaniem sama popchnę go w jej ramiona, po co ma siedzieć z wredną żoną jak może sobie iść na piwo do dziewczyny, która jest miła, uśmiechnięta i się nim zachwyca.
powinnam dostrzegać drobne gesty z jego strony (to, że np. zrobił mi śniadanie, przywiózł kawę do pracy itp) bo jeśli zamiast pochwalić go będę go krytykować albo rzucać chamskie teksty w stylu- Martynie lepiej kawę zawieź, zniechęcę go po co się będzie starał, jeśli ja i tak tego nie docenię?
muszę mieć oczy otwarte ale jednoczesnie muszę zachowywać się tak by dobrze czuł się z moim towarzystwie i nie szukał towarzystwa poza domem.
trudno, pomimo, że mnie skręca z zazdrości, muszę mu zaufać, że nic złego nie robi i nie zrobi.
czym bardziej będę chciała ukrócić mu smycz tym bardziej on będzie chciał się zerwać z tej smyczy.
trudno, jeśli na prawdę będzie chciał mnie zdradzić to zrobi to, nie będę miała na to wpływu, ale przynajmniej będę miała czyste sumienie, że starałam się, żeby było dobrze, że swoim zachowaniem nie zrażałam go do siebie i sama nie popychałam w ramiona innej.
jeśli on rzeczywiście nie ma złych zamiarów a ja nieustannie będę mu powtarzać, że na pewno ma jakieś złe zamiary, na pewno ona na niego leci, na pewno on dał się omotać i na bank mnie zdradzi to sama na własne życzenie zafunduję sobie coś co się nazywa "samospełniająca się przepowiednia"

:-(
zapisałam sobie to wszystko co powiedziała mi mama i jak czuję, że zazdrość i wściekłość zaczyna we mnie narastać i czuję, że zaraz wybuchnę, zmieszam go z błotem i zrobię awanturę stulecia to otwieram notes i czytam sobie to wszystko i zaczynam myśleć racjonalnie, bo niestety moją wadą jest to, że za bardzo daję ponieść się emocjom, działam bardzo impulsywnie :-(
tak więc, nie zabiłam męża, nie zabiłam tej Martyny, na razie czekam co będzie dalej. Trudno, pojechał na tą kawę, moim zdaniem zrobił źle ale trudno, stało się, mógł mi o tym nie powiedzieć, mógł to ukryć ale tego nie zrobił. Zjadł te rogaliki od niej, powiedział, że niezłe ale dodał, że ja robię lepsze. Niby nic ale powinnam to docenić. Muszę patrzeć na to wszystko i pamiętać, że szklanka jest do połowy pełna bo inaczej oszaleję, zaplaczę się w te moje wszystkie domysły, podejrzenia, zgnębię siebie i jego, popadnę w jakąś nerwicę, depresję i sama na własne życzenie zniszczę swoje małżeństwo.
jezu ale się wywnętrzyłam...
jeśli macie dla mnie jeszcze jakieś rady to piszcie, nie wiem, może pomyślicie, że jestem naiwna, że nie powinnam mu wierzyć ale to co robiłam do tej pory (płacz, awantury, zarzuty) sprawiły, że ani ja nie mogłam patrzeć na niego ani on na mnie, zamiast być lepiej to było co raz gorzej :-(
zatem pora zmienić taktykę.