Hej, byłam dzisiaj u ginka i facet twierdzi, że wyniki mam jak najbardziej w porządku. TSH podobno takie jak powinno być przy staraniach, ponieważ jest poniżej maksymalnej granicy 2,5. Prolaktyna ok, mam sie nie przejmowac, że jest niska. Podobno czytał ostatnio jakąś nową publikację odnośnie prolaktyny i dzięki temu wie, że zbyt dużą wagę się do niej przykłada .Ale ok, wierzę mu, dobry z niego specjalista. Stwierdził, że widac, że przechodziłam owulację. Stwierdził to po wartości progesteronu w 23 dniu cyklu. Na moje (może głupie) pytanie, czy to jest wiarygodny wyznacznik występowania owulacji, zaprosił mnie na usg w 11 dniu przyszłego cyklu (jak będę miała czas - jego słowa) gdybym jakies jednak miała wątpliwości co do jego oceny.
Euthyrox mam brac dalej, bromka też, ale teraz po półowce na dzień. Za miesiąc znów zrobić oznaczenie tsh.
Powiedział na koniec, że jak teraz hormony są wyregulowane, to daje mi pół roku. Jak sie nie uda zajść skieruje mnie na badanie pod kątem drożności jajowodów.
Ech jak tak go słuchałam to sama nie wiem co myśoeć, wszystko brzmi tak idealnie, łatwo i przyjemnie. Zbyt piękne to żeby było prawdziwe? A może ja mam juz jakąś paranoję?