Ja ciągle czekam na @ po wywoływanym poronieniu (zarodkowi przestało bić nagle serduszko w 9 t). Od tego dnia minęły prawie 2 miesiace.
Na samym poczatku miałam problem z 'bliskością fizyczną' z moim mężem, bardzo mnie to stresowało. Pierwsze serducho było dopiero 2 dni temu. W ogóle od jakiegoś tygodnia zaczęłam się lepiej czuć psychicznie. Chciałabym rozpocząć staranka jak najszybciej (myślę że już jestem gotowa). Czekam jednak na @ i chce zrobić podstawowe badania (krew i cytologia). Niestety nie miałam badań histo. bo 'wszystko' się oczyściło bez zabiegu po tabletce..
To co mnie drażni to moje znajome ;/ Udają jakby nic się nie stało.. a to mi wcale nie pomaga.. (powiedzielismy najbliższym znajomym po 8 tygodniu..).
Jak zajdę w kolejną ciaże to obiecuje sobie że:
-nikomu o niej nie powiemy do 14 tygodnia
- nie bede za szybko testować
- bede bardziej 'z rezerwą' traktować swój stan..przynajmniej do końca 3 miesiąca..
Nie przeżyłabym drugi raz tak dużego rozczarowania i bólu.. Wtedy bardzo się nakręciłam na dziecko i nie spodziewałam się poronienia (myślałam że to rzadkie zjawisko które zdarza się tylko kobietom które są obciążone genetycznie tego typu problemami..). Teraz wiem,że jest to bardzo częste zjawisko... Szkoda tylko że tak mało się o tym mówi.
Postanowiłam dołączyć do tego wątku, bo mam potrzebę pogadać z kimś o tym.. a nie chce narażać osoby bliskie na stres wywołany słuchaniem o tym jak to było..
Jak rozmawiałam z przyjaciółkami i chciałam trochę zrzucić ciężar z serca to od razu wyczuwałam,że nie chcą rozmawiać ze mną na ten temat (fakt że są w zaawansowanych ciażach).
Które momenty były dla mnie najcięższe?
- jak lekarz podczas USG nic nie mówił tylko nerwowo poruszał 'różdzką' od badania (od razu wyczułam że coś jest nie tak..)
-moment samego ronienia.. jak w szpitalu poszłam do toalety i nagle poczułam,że wyłażą ze mnie jakieś zbite rzeczy.. wpadłam wtedy w panikę i zaczęłam płakać jak jeszcze chyba nigdy. Pielęgniarka wtedy podała mi mocny lek uspakajający bo inaczej bym nie przestała płakać (akurat nikogo przy mnie nie było bo mąż pojechał przywieść mi świeże ubranie).
Dziś:
- mogę już swobodnie o tym mówić (łatwiej rozmawia mi się z ludzmi których nie znam).
- nie boję się bliskości fuzycznej z mężem
- nie wstydzę się już płakać, jak mnie najdzie (wciąż czasami łapie mnie duży parominutowy smutek.
-chce jak najszybciej zajść w ciąży (mimo,że bardzo się boję- nie chciałabym żeby to sie powtórzyło)
- jesteśmy o wiele bliżej z mężem niż wcześniej..
Co mnie wkurza?
-jak ludzie mówią "jestes jeszcze młoda, takie rzeczy się zdarzają"
- "to mogło być chore dziecko, więc lepiej ze sie nie narodziło"
Wrr!