Witajcie, niestety też muszę do was dołączyć. W piątek straciłam moją kruszynkę. To był 9tc.
Nadal jestem w szoku. Nie potrafię nawet płakać. Ta pustka jest straszna. Gdyby nie mój mąż nie wiem co by ze mną było. Prawie dwa lata staraliśmy się o dzieciątko. Tak strasznie się ucieszyliśmy gdy zobaczyliśmy te dwie kreseczki. Mąż dosławnie oszalał ze szczęścia. Kilka dni po teście miał już wybrany wózek, mebelki, tapety do pokoju malucha. Po drugiej odpowiednio przyrastającej becie poinformowaliśmy najbliższą rodzinę. W ciągu następnego tygodnia poinformował wszystkich znajomych. Dbał o mnie niesamowicie, palcem w domu nie pozwolił ruszyć. Czytał w moich myślach.
Ja tu na forum nieśmiało zapisałam się na grudniówki. Mimo, że termin miałam ostatecznie na 29.11.
Miałam zabieg w piątek, w przeddzień urodzin męża.
Dziś usunełam z domu wszelkie dowody, że byłam w ciąży. Wywaliłam wszystkie gazetki dot. ciąży, testy zostawione na pamiątkę, wyniki bety, witaminy dla ciężarnych które brałam. Wszystko.
To co zostanie w sercu i w pamięci wystarczy i nie zatrze się do końca życia.
Wiecie, mam straszne poczucie winy.
Wiem że ze względu na moje chore oczy lekarz zdecydowałby się na cc. Czytałam kiedyś że niektórzy lekarze w takich przypadkach decydyją się na cc przed terminem, nawet dwa tygodnie.
Wtedy u mnie TP byłaby połówka listopada. I kilka razy pomyślałam sobie że nie chciałabym żeby moje dziecko się w tedy urodziło bo by było zodiakalnym skorpionem. Wybaczcie wszystkie skorpiony ale ja mam złe doświadczenia. Takie miałam kretyńskie myśli. Jak ostatnia idiotka. Dziś brak mi słów na własną głupotę. Nie mogę sobie tego darować. Strasznie mnie to gryzie. Po prostu nie mogę sobie poradzić.
Wiem że niektóre z was mogą się zacząć śmiać, niektóre mogą mnie zwyzywać. Ale ja po prostu musiałam to napisać. Wiem, że nigdy tego na głos nie wypowiem. Będzie mnie to gryzło do końca życia.