A ja kocham święta

Mama podchodziła co prawda do porządków rzetelnie i na święta czyściło się wszystko od piwnicy po strych, przecierało się kryształy i zaglądało w każdy kąt. My jako dzieciaki też dużo pomagaliśmy, ale nie rodziło to żadnych spięć. Dużo radia słuchaliśmy przy tym. Wigilia w małym gronie, tylko domownicy. Tata robił zakupy. Choinkę ubierały dzieciaki, nikt się nie przejmował czy jest idealna. Zawsze miała bogatszy front

Od rana dzieciaki z tatą kroiły sałatkę jarzynową przy tym co serwowała nam tv. Ja i brat kroiliśmy drobno, tata i siostra w grubaśną kostkę, ale przynajmniej szybciej ubywało. Dania wigilijne w liczbie ograniczonej, tu już mama rządziła. U nas wszyscy lubią barszcz, do tego karp i jakaś jeszcze inna ryba. Kompot z suszu. Śledzie na dokładkę, ale u nas nikt już ich nie mieścił. Zawsze mamie mówiliśmy że jest 12 dań, bo kompot raz, barszcz dwa, uszka trzy itd aż do 12-stu. Stół zastawialy dzieciaki, mama i tak miała mnóstwo roboty w kuchni. Fragment pisma świętego czytało najmłodsze dziecko, bardzo przejęte swoją rolą. Prezenty pod choinką były bardzo skromne, rodzice kupowali duże prezenty na mikołaja. Dzieciaki zwykle przed robiły prezenty, takie na ostatnią chwilę. Typu zdjęcie wydrukowane i dorobiona ramka albo wydrukowane dowcipy i spięte w książeczkę. Nigdy też mama nie wyrabiała się z wigilią na czas. To już była nasza tradycja

Po wigilii my sprzątaliśmy stół, a tata zmywał naczynia, a mama mogła sobie trochę odpocząć. Potem graliśmy w planszówki albo w karty i na koniec oglądaliśmy filmy, aż wszyscy zasnęli. Pierwszy dzień świąt też taki rodzinny, dochodził kościół, cmentarz, spacer z psem. Drugi dzień to już niemoc. Za dużo jedzenia i trochę nuda, więc zwykle gdzieś jechaliśmy. Za to nie znosiłam rodzinnych obiadów w 1-wszy lub drugi dzień świąt u dalszej rodziny. Były takie nudne i sztywne. Jak trochę podrosłam to się zbuntowaliśmy i zostawałam w domu z młodszym rodzeństwem, a rodzice sami odwiedzali rodzinę. I przynajmniej się nie musieliśmy nudzić