Cóż... jeśli chodzi o szpital Narutowicza pierwszy poród był super... Rodzinny, bez komplikacji, wszystko cud- miód- malina, natomiast drugi już taki super nie był. A właściwie nie tyle problem z porodem (CC ze względu na bliźnięta), co z opieka po nim. Maluchy wylądowały na intensywnej terapii, a mnie traktowano tam jak piąte koło u wozu. Dopiero po tygodniu dowiedziałam się, że synek miał wrodzone zapalenie płuc, choć według oceny w skali Apgar dzieci oboje miały 10 w pierwszym i drugim badaniu. Niczego nie można się dowiedzieć, a do tego lekarki ześwirowane na punkcie wagi- przybierania i żółtaczki. Nie pozwolono mi maluchów karmić, choć tak naprawdę nie było większych do tego przeciwwskazań. Bez przerwy ładowały im sondy i choć maluchy miały odruch ssania jeśli tylko im się coś ulało czy zrobiły większą kupę to zaraz był raban, że nie trawią. Natomiast jak trzeba się było pacjentów przed świętami pozbyć to dzieciaki "cudownie" zaczęły jeść. Wmawiano mi również, że nie będę ich mogła karmić piersią, bo jeśli nie będą przybierać to wrócą do szpitala. Jak się okazało maluchy w domu świetnie sobie radzą i zdecydowanie wolą pierś niż butelkę. Co do mnie , w szpitalu dostałam gorączki i przez 2 dni pies z kulawą nogą się mną nie interesował. Dopiero po dwóch dniach pani doktor Szczawińska jak mnie zobaczyła to od razu kazała podać antybiotyki i zleciła badania pod kątem nerek. Jak się okazało słusznie. Generalnie neonatologia do bani, położnictwo- przeładowane, brak przepływu informacji między lekarzami i oddziałami. A do tego wszystkiego śmieci jeżdżą po oddziale. Zmiany po czterech latach zdecydowanie na minus.